środa, 27 lipca 2022

„Historia krótkiej przyjaźni” [by Polonistka Roku]

Promienie porannego słońca wpadły do pomieszczenia, w jednej chwili je oświetlając. Gabriel otworzył powoli oczy, cicho przeklinając w reakcji na to, że czuł się, jakby wbito mu w głowę tysiąc igieł. Mimo setek lat, które spędził, chodząc po tej ziemi, nie mógł przypomnieć sobie poranka, w którym czułby się tak skołowany i niepewny własnego ciała. Przez jego obolałą głowę przeleciały pojedyncze obrazy, które prawdopodobnie dotyczyły poprzedniego wieczoru. Pamiętał zasadniczo niewiele, pewność miał jedynie co do tego, że po raz kolejny pokłócił się z tym szalonym naukowcem uparcie latającym za jego siostrą od kilku… albo kilkudziesięciu lat. Nie wydawało się to w tamtym momencie zbyt istotne, ponieważ ból życia odczuwany przez Gabriela przyćmiewał wszystkie emocje, fakty i pozostawione bez odpowiedzi pytania. Z głośnym jękiem podniósł głowę i wspierając się na ramieniu, uniósł zmęczone ciało. Co, do jasnej cholery, się ze mną dzieje? – pomyślał, wstając z trudem i podchodząc do okna, które za wszelką cenę pragnął szczelnie zasłonić. Mimo że promienie słoneczne nie drażniły go sposób, który dotykał jego siostry lub tego wariata od fiolek, w tamtym momencie czuł się co najmniej skołowany nadmiernym światłem. Natychmiastowa ulga, która zalała jego ciało chwilę po zasłonięciu okien, w żaden sposób nie zmniejszyła mentalnego cierpienia, z którym przyszło mu się borykać. Czuł się niepewny, zagubiony, zmęczony i obolały niczym ludzki nastolatek, który przesadził z alkoholem podczas imprezy, na którą wyszedł niezauważony przez rodziców. Przez chwilę spróbował wytężyć mózg i odnaleźć wspomnienia poprzedniego wieczoru, ale nawet jego telepatyczne zdolności nie pomogły mu w zapanowaniu nad własnymi myślami. Skołowany obrócił się i doceniając otaczającą go ciemność, wrócił do łóżka z postanowieniem, że przytuli się do żony, prześpi jeszcze chwilę, po czym odnajdzie Rufusa i Laylę, żeby ustalić, co, do jasnej cholery, wydarzyło się z nim w nocy i dlaczego po raz pierwszy od pięciuset lat czuł, że zemdleje, jeżeli nie pozwoli sobie zasnąć chociaż na chwilę. Przyzwyczajony do nieugiętości i wytrzymałości pozwalających mu na pozostanie na nogach nawet przez kilka dób bez przerwy, czuł się co najmniej nieswojo z poczuciem braku kontroli nad własnym, zmęczonym ciałem. W poczuciu skrajnego wyczerpania dotarł powoli do łózka i z ulgą położył się na nim, okrywając nagie ciało chłodną kołdrą. Zupełnie odruchowo i bez zastanowienia obrócił się na bok, zarzucając ramię na wciąż słodko śpiącą Renesmee.

Renesmee, która miała włosy na klatce piersiowej i szerokie, silne ramiona.

Krzyk, który wydarł się z jego obolałego gardła, można by przyrównać do pełnego bólu, cierpienia i przerażenia skowytu pojmanego zwierzęcia. Sam nie do końca wiedział, czy przerażony jest obecnością mężczyzny w jego łóżku, brakiem Renesmee, czy może zwyczajnie świadomością, że…

Że ni cholery nie miał pojęcia, co się wydarzyło.

Mężczyzna leżący w jego łóżku jęknął zirytowany przedwczesną pobudką, instynktownie wyczuwając, że za oknem do życia budzą się coraz mocniejsze promienie słoneczne, skutecznie osłabiające go fizycznie i psychicznie.

– Laylo, przysięgam, że z radością dam ci powody do krzyku, ale dlaczego, do jasnej cholery, budzisz mnie z samego rana, krzycząc jak mała, przerażona dziewczynka, skoro… – W tym momencie obrócił się zirytowany, prawdopodobnie po to, by, wylewając swoje poranne żale, mógł patrzeć żonie w oczy, po czym stanął twarzą w twarz z własnym szwagrem, który przybrał swoją standardową, zbolałą maskę cierpiącego masochisty. Chwilę mierzyli się wzrokiem, po czym Rufus postanowił przełknąć zakłopotanie i, jak zwykle, wyjść z sytuacji z irytacją wypisaną na twarzy. – Masz zamiar mi wytłumaczyć, co tu robisz i dlaczego mnie przytulasz, czy będziemy tak na siebie patrzeć? Bo szczerze mówiąc, oglądanie któregokolwiek z Licavolich z samego rana nie należy do przyjemności.

– Ożeniłeś się z Licavoli – błyskotliwie zauważył Gabriel.

– Tak, dlatego teraz jest Prime i spokojnie mogę na nią patrzeć – odpowiedział zirytowany dyskusją, która zamiast skończyć się szybko i boleśnie, niepotrzebnie się przedłużała. – To jak? Zechcesz mi wytłumaczyć, co robisz prawie nagi w moim łóżku z samego rana? Z tego, co sobie przypominam, raczej nie jesteś w moim typie. Layli też nie przypominasz, więc niemożliwe, żebym cię z nią pomylił. Pozostaje jedynie możliwość, że mnie upiłeś i wykorzystałeś, co wydaje się najbardziej prawdopodobne. Wiesz, nie chciałem wywoływać niezręcznych sytuacji, ale zawsze wydawało mi się, że Nessie jest tylko przykrywką. Masz całkiem dziewczęcą urodę, a w dzisiejszych czasach wcale nie trzeba się już ukrywać z homoseksualizmem, mogłeś jednak…

– O czym ty do mnie mówisz, na litość Bogini? – Gabriel poderwał się, decydując, że słuchanie pozbawionych sensu wywodów jakiegoś świra z samego rana to za dużo na jego zmęczoną i opanowaną przez kaca głowę. – To nie jest zabawne. Dlaczego spałem z tobą w jednym łóżku i gdzie, do cholery, jest moja żona?

– Zabawne to jest to, że masz jakieś dziwne telepatyczne zdolności, uczyłeś całą rodzinę panowania nad mocami, a sam wydajesz się zupełnie nieodporny na stres. Okej, może nie mam długich rudych włosów i trzynastu lat, ale chyba nie jestem taki znowu straszny. Dlatego proszę, nie rób zamieszania, znajdź żonę, przytul dzieci i obudźcie mnie po rodzinnym śniadaniu.

– Gabrielu, jesteś tu? Nie było cię w… o, Bogini – usłyszał zaspany głos Renesmee, a chwilę później zobaczył ją stojącą u progu drzwi z szeroko otwartymi oczami i ustami przysłoniętymi dłonią.

– Renesmee, nie wiem, jak to wygląda, ale uwierz, że jestem zszokowany tak samo jak ty, albo i bardziej. Naprawdę nie wiem, co ten wariat robi ze mną w łóżku.

– To moje łóżko, Gabrielo – warknął poirytowany Rufus. – Dobrze, że jesteś, Nessie, widziałaś może Laylę? Naprawdę nie wiem, co za chore eksperymenty postanowili przeprowadzić Licavoli, ale byłbym wdzięczny, gdybym nie musiał brać w nich udziału. Dlatego chętnie zapomnę o sprawie, jeśli tylko ta niewiasta – wskazał dłonią wciąż zszokowanego, zastygłego w pozycji leżącej, Gabriela – łaskawie ubierze się i wyjdzie, zanim moja córka wstanie i przypadkiem zajrzy tu w drodze na śniadanie.

– Twoja córka ma dziewięćdziesiąt lat. – Gabriel jakby wyrwał się z letargu, słysząc niedopowiedzianą obawę o to, że jakieś dziecko mogłoby zastać go w takiej sytuacji.

– A twoja żona trzynaście.

– Przestańcie! – W końcu odezwała się podniesionym głosem Renesmee. – Gabrielu, ubierz się, proszę. Myślę, że ta sytuacja będzie bardziej komfortowa, jeśli wszyscy będą okryci. Nie wiem, naprawę nie wiem, co tu się wydarzyło, ale z pewnością wszystko da się wyjaśnić. Powiedz mi, kochanie, co pamiętasz.

– Nic nie pamiętam – usłyszała w odpowiedzi od swojego męża, który w końcu wstał i zaczął szybko ubierać znalezione na podłodze spodnie.

– Jak to… TY nie pamiętasz?

– Tak! Ja nie pamiętam! – Podniósł głos, ale widząc zaniepokojenie w oczach żony, spróbował się uspokoić. – Nie wiem, pamiętam początek wczorajszego wieczoru, próbowaliśmy dojść do porozumienia, bo chciałaś, żebyśmy przestali ciągle się kłócić. Pamiętam knajpę Michaela i ten specjalny bimber, który kupił od jakiejś Grażyny z 1980 roku, a później sprzedawał na promocji, a potem…

– A potem pokłóciliśmy się znowu, bo okazało się, że jesteś zbyt głupi, by zrozumieć, że zabierając Nessie do Niebiańskiej Rezydencji na bal Isobel, wiedziałem, co robię i wszystko miałem pod kontrolą.

– Pamiętasz? Co było dalej? – gorączkowo zapytała Renesmee, która czuła, że sytuacja jest dla niej stanowczo zbyt trudna.

– A co ja jestem? Kryształowa kula? Czy może panna „wszystko wiem” Cullen? Nie wiem! Pokłóciliśmy się, Layla prosiła, żebyśmy skończyli, a Michael doniósł nam ten bimber. Ostatnie, co pamiętam, to Layla krzycząca, że ma dość i idziemy do domu. Nie wiem, co działo się później, ale mam szczerą nadzieję, że twój mąż nie postanowił mnie uwieść.

– Przestań zachowywać się jak ofiara molestowania, bo ty tak samo leżałeś w łóżku ze mną jak ja z tobą! – zirytował się Licavoli.

– Przestańcie! Naprawdę przestańcie, uwierzcie, że boli mnie głowa i jedyne, czego pragnę, to położyć się dalej spać.

– Więc może po prostu to zróbmy i miejmy ten rodzinny poranek za sobą?

– O nie, nie. Najpierw wolę mieć pewność, co się wczoraj wydarzyło, bo jeśli choć mnie przytuliłeś, jaskiniowcu, to od razu idę do pierwszego lepszego lekarza po tabletki na odrobaczanie.

– Gdzie jest Layla? – wycedził Rufus, zwracając się w stronę poirytowanej i zmęczonej Renesmee.

– Właściwie to… właściwie to obudziłam się wtulona w Laylę… Usłyszałam krzyki, więc przyszłam, a ona dalej śpi.

– Spałaś z Laylą? – spytał zszokowany Gabriel.

– My przynajmniej obie byłyśmy w pełni ubrane! – krzyknęła, po czym uspokoiła się, biorąc dwa głębsze wdechy. – Proponuję obudzić ją i zapytać, co się wydarzyło.

– O nie! Nie pozwolę, żeby moja żona do końca egzystencji wypominała mi tę noc. Może też nie pamięta i nie ma sensu jej oświecać. Idziemy do Michaela.

– Czy ja dobrze rozumiem, że gdybyś zdradził moją siostrę, postanowiłbyś jej nie oświecać?

– Dobrze rozumiesz, że naprawdę nie mam ochoty na słuchanie ciebie dzisiaj. Po prostu chodźmy do międzyczasowego geniusza i zapytajmy go, co wydarzyło się wczoraj wieczorem.

Jak na zawołanie, Rufusowi przed oczami stanęła noc, podczas której zawitał do Michaela w poszukiwaniu Layli, która opacznie zrozumiała jedną butelkę wina, ale szybko odgonił te wspomnienia, obiecując sobie, że jak tylko ta chora sytuacja się wyjaśni, nigdy więcej nie spojrzy w stronę Gabriela Licavoli. Mężczyźni z tej rodziny naprawdę nie przynosili wraz ze swoją obecnością niczego dobrego ani godnego uwagi.

 

– Przysięgam, że nie mam pojęcia, w co bawiliście się po powrocie do domu. Ode mnie wszyscy wyszli ubrani i w miarę stabilni.

– Przecież nie powiedziałam, że ktoś był nieubrany – zauważyła Renesmee.

– Może i nie, dziecko, ale jesteś cała czerwona, twój mąż wygląda, jakby właśnie przeżył traumę stulecia, a Rufus ma mord w oczach… choć to akurat nie jest nic nowego. Do tego przychodzicie tu troje i pytacie mnie, czy wiem, co wydarzyło się wczoraj wieczorem. Wolę nawet nie wiedzieć, co próbujecie wyjaśnić i dlaczego Layli jeszcze tu nie ma, w każdym razie ja wam nie pomogę, bo nie mogę, a nawet jakbym mógł, to prawdopodobnie nie miałbym na to ochoty. Z pewnością jednak skoczę w tym tygodniu do 1980 roku pogratulować Grażynie efektywnej receptury.

– To nie jest zabawne – warknął Gabriel, który naprawdę wyglądał, jakby przeżył traumę, o której wstydzi się rozmawiać.

– Owszem, Gabrielu, jest. I radzę ci znaleźć w sobie większe pokłady poczucia humoru, jeśli nie chcesz osiwieć przed zachodem słońca. Á propos słońca, nie wyganiam was, ale w trosce o wasze zdrowie nie chciałbym, by zastało was południe. Jeśli więc bylibyście łaskawi, by…

– Och, daj spokój – przerwał mu poirytowany Rufus i jakby nigdy nic zarzucił na głowę kaptur i obrażony wyszedł z lokalu.

 

– Czy my naprawdę musimy roztrząsać, co takiego się wczoraj wydarzyło? – ponowił pytanie Rufus.

– Po pierwsze, obudziłem się w jednym łóżku z mężem mojej siostry i jeszcze omylnie zmacałem jego gołą, owłosioną klatę. Po drugie, moja żona spędziła noc w łóżku z moją siostrą. Po trzecie, nikt z nas niczego nie pamięta. Podsumowując… nie. Nie możemy po prostu zakończyć tematu i zapomnieć o sprawie. I pozwolę sobie powtórzyć, że niezwykle niepokoi mnie twoje podejście do kwestii ewentualnej zdrady…

– Jeśli jeszcze raz zasugerujesz, że zdradziłem żonę z tobą, przysięgam, że zostaniesz obiektem mojego najnowszego eksperymentu.

– Mam nadzieję, że wczoraj nie zostałem obiektem twojego eksperymentu – mruknął Gabriel tak cicho i niewyraźnie, że Renesmee spojrzała na niego i przez dłuższą chwilę wyglądała, jakby nie była pewna, czy naprawdę to usłyszała.

– To przestaje być śmieszne. I tak do niczego nie dojdziemy, jeśli chcemy wiedzieć, co się wczoraj wydarzyło, a ja przyznaję, że jestem tego ciekawa, musimy zapytać Laylę. Jeżeli ktokolwiek wie, jak skończył się wczorajszy wieczór, będzie to właśnie ona.

– Przykro mi, ale nie wiem. – Layla parę chwil wcześniej pojawiła się w drzwiach i po usłyszeniu kilku zdań trwającej rozmowy była już niemal pewna, że poranek nie będzie należał do przyjemnych i że nie tylko ona obudziła się z dziwnym poczuciem… niewiedzy i niepewności.

– Nic? Naprawdę nic nie pamiętasz? – upewniała się Renesmee, która wyglądała na coraz bardziej zrezygnowaną.

– Pamiętam ten bimber i to, jak wychodziliśmy od Michaela. Później mam tylko przebłyski wspomnień, w których widzę nas dwie. Leżymy w łóżku, śmiejemy się, a potem ja się do ciebie przytulam. Nic więcej.

– Ale byłyście ubrane?

– TAK! – krzyknęły niemal jednocześnie kobiety, a Gabriel wypuścił głośno powietrze, jakby właśnie zrzucił ze swoich barków jeden ciężki głaz.

– Nie patrz tak na mnie! – Wyrzucił w górę ręce poirytowany, patrząc na swoją żonę. – Nie wiem, co działo się tu wczoraj, ale przynajmniej mam pewność, że nic dziwnego nie wydarzyło się między moją siostrą a żoną.

– Ja bym nie widział w tym nic dziwnego – odezwał się Rufus, przyciągając trzy zszokowane pary oczu gwałtownie wpatrujące się w niego. – No co? – bronił się. – Jest dwudziesty pierwszy wiek, ludzie robią dziwniejsze rzeczy. Przy tym, jak pokręcona jest nasza koegzystencja, Renesmee i Layla eksperymentujące ze sobą nie byłyby niczym dziwnym.

– Twoje ochocze podejście do eksperymentów i nietypowe spojrzenie na związki jednopłciowe naprawdę sprawiają, że czuję się nieswojo. – Gabriel wyglądał już, jakby podejrzewał, że został poprzedniego wieczoru wykorzystany przez znienawidzonego szwagra. Jego twarz wykrzywiona była w uczuciu, które porównać można by do obrzydzenia, a ciało przygotowane miał do ucieczki, jakby podejrzewał, że zostanie zaraz zaatakowany.

– Przestań, do jasnej cholery, sugerować, że coś z tobą zrobiłem lub przynajmniej bym chciał, bo przysięgam, że nie ręczę za siebie! – ryknął Rufus. – Co innego one, a co innego my.

– A przepraszam, jaka to niby jest różnica? Bo ja żadnej nie widzę – odezwała się Nessie.

– Nie no, Renesmee, jakaś różnica to jednak jest – zauważyła Layla, która z całego towarzystwa wydawała się, o dziwo, najbardziej wyluzowana, a nawet… rozbawiona?

– Jaka?

– Naprawdę chcesz o tym rozmawiać? Przyznam szczerze, że nie jest to perspektywa, którą chciałabym omawiać przy śniadaniu. To co? Naleśniki? – zagruchała blondynka.

– Nie, wy jesteście oboje nienormalni… nowe nazwisko ci nie służy, sis.

W tym momencie, jak na zawołanie, wszyscy usłyszeli dźwięk otwieranych drzwi, który być może powstrzymał ich przed rozpoczęciem porządnej rodzinnej awantury. Do pokoju spokojnie wkroczył uśmiechnięty Edward z… dużą butelką jakiegoś podejrzanie wyglądającego płynu?

– To od Carlisle’a – wyjaśnił, widząc pytający wzrok Renesmee. – Podobno to pomoże wam na kaca, działa nawet na wampiry. Chociaż przyznam, że patrząc na to, w jakim stanie byliście wczoraj, śmiem wątpić, czy to coś zdziała.

– Zaraz… widziałeś nas wczoraj? – zapytała zszokowana Renesmee, która za żadne skarby nie była w stanie sobie przypomnieć momentu, w którym spotkałaby w nocy ojca. On, bez problemu odczytując jej zszokowanie, spojrzał na nią karcącym wzrokiem, rozczarowany, że jego córka doprowadziła siebie do stanu, w którym nie pamiętała ich spotkania.

– Na twoim miejscu nawet bym się nie przyznawał do tych luk w pamięci – powiedział spokojnie. – Owszem, widziałem was wczoraj i z tego co widzę teraz, nikt z was tego nie pamięta. Nie wiem, czy bardziej jestem rozczarowany zachowaniem mojej córki, czy twoim, Gabrielu. Doprowadzanie się do takiego stanu było nieodpowiedzialne, zwłaszcza gdy byłeś z Renesmee. Gdyby coś się stało…

– Och, błagam, bez ojcowskich rozterek teraz. – Przewrócił oczami Rufus. – Twoja córka od dawna jest dorosła, ma troje dzieci.

– Twoja córka ma dziewięćdziesiąt lat, a ty wciąż traktujesz ją jak dziecko – wtrącił się Gabriel, niejako stając w obronie teścia, bo przecież sam rozumiał obawy o córkę… dorosłą córkę, jaką bez wątpienia była Alessia.

– Bo Claire emocjonalnie jest jeszcze dzieckiem, przypominam ci tylko, że… – zaczął Rufus, ale nie było mu dane dokończyć, ponieważ przerwał mu zniecierpliwiony i na swój sposób rozbawiony Cullen:

– Każdy martwi się o swoją córkę, to normalne. Ale nie mam całego dnia, zobowiązałem się wyjechać z Alice i Bellą do miasta na zakupy. – Skrzywił się nieznacznie. – Pomyślałem po prostu, że podrzucę wam leki, ale widzę, że jestem tu bardziej potrzebny, niż podejrzewałem.

– Możesz mówić jaśniej? – warknął Rufus zirytowany tym, że ten młody, rudy wampir zachowuje się, jakby wpadł do grupy nastolatków po imprezie.

– Oczywiście, że mogę. Wiem, co się wczoraj wydarzyło, bo osobiście odprowadziłem was do domu po tym, jak wpadliście do nas około czwartej rano, żeby pochwalić się nowiną, że Gabriel i Rufus się pogodzili, i zostali przyjaciółmi.

– Co?! – krzyknęła Renesmee niemal równocześnie z Laylą.

– To. – Edward wzruszył ramionami, jakby nie powiedział nic szokującego. – Przyszliście wszyscy w dość marnym stanie. Co prawda, lepiej wyglądałyście wy, dziewczyny. Radośnie trzymałyście się za rękę, wykrzykując coś i śmiejąc się na przemian. Za to Gabriel i Rufus ledwo stali na nogach, podparci o siebie nawzajem co chwilę gadali o szacunku, braterskiej miłości, chronieniu kobiet i wzajemnym zrozumieniu. Jestem też pewien, że usłyszałem „zawsze wiedziałem, że jesteś najlepszy dla mojej sis” i „ja też cię szanuję, Licavoli”, ale mogło mi się wydawać. – Dokończył z niewinnym uśmiechem świadom tego, że wampirzy słuch nie zawodzi.

– Chcesz więc powiedzieć, że się… pogodziliśmy? – zapytał Gabriel, który wyglądał, jakby miał zwymiotować i Renesmee była niemal pewna, że już wie, jaki scenariusz rodził się w jego głowie.

– Tak. Jestem tego niemal pewien. Powiem szczerze, że jestem rozczarowany waszymi nastrojami dziś. Wczoraj to wyglądało na początek pięknej męskiej przyjaźni.

– Co było dalej? – warknął zniecierpliwiony Rufus. – Głowa mi pęka, a obowiązki czekają. Nie mam całego dnia na pogaduchy.

– I tak już spóźniłeś się na etat o ósmej rano. – Gabriel postanowił dolał oliwy do ognia.

– Przysięgam, że jeśli zaraz nie wyjdziesz z tego pokoju…

Kolejna kłótnia została zduszona w zarodku przez głośny, pełen radości i rozbawienia, śmiech, który wyrwał się z gardła Edwarda. Wszyscy spojrzeli na niego, jakby przyznał, że jest rudy, a on niewzruszony śmiał się dalej, po czym spokojnie wyjaśnił:

– Przepraszam, ale widziałem was przytulonych do siebie i wyznających sobie miłość zaledwie kilka godzin temu, więc ten kontrast jest naprawdę zabawny. Chcecie wiedzieć, co się stało czy nie? – Rozejrzał się po towarzystwie, po czym, nie widząc sprzeciwu, postanowił wyjaśnić: – Jak mówiłem, przyszliście wczoraj do nas, by z radością oznajmić, że Rafał i Gabriel się pogodzili. Widząc wasz stan, doszliśmy z Carlisle`em do wniosku, że was odprowadzę, naprawdę nie wyglądaliście na zdolnych do samotnego powrotu. O dziwo, droga minęła dość spokojnie, dziewczyny skakały i śmiały się, a wy szliście za rękę, powtarzając, że od dziś jesteście braćmi.

– Co?!

– Nie przeszkadzaj, proszę – poprosił spokojnie Edward i kontynuował: – Odprowadziłem was i miałem już wychodzić, gdy zaczęliście się kłócić z Nessie i Laylą. Nie chcieliście rozstać się na „całą noc” i proponowaliście, żeby wszyscy spali razem, zacieśniając rodzinne więzy, czy coś takiego. W każdym razie dyskusja trwała dość długo, aż Layla stwierdziła, że chętnie spędzi jedną noc bez chrapania i bąków, i zaprosiła Renesmee do siebie. Jak tylko poszły do pokoju i położyły się spać, wy usiedliście do dalszej rozmowy – spojrzał na Gabriela i Rufusa. Licavoli wyglądał, jakby miał zemdleć, a Rufus, jakby właśnie zapragnął wysadzić Miasto Nocy w powietrze. – Jeszcze kilka razy wyraziliście swoją miłość, obiecaliście sobie dozgonną przyjaźń i wybaczyliście sobie wszystko, bo przecież „wszystko robimy, by je chronić”. Doszliście do porozumienia w kwestii bezpieczeństwa Layli, a potem zaproponowałem, żebyście jednak już poszli spać. Oboje się rozebraliście, szczerze mówiąc, nie wiem, po co, po czym położyliście się i jak niewinne dzieci zasnęliście wtuleni w siebie. – Edward wzruszył ramionami, jakby nie opowiadał niczego niezwykłego.

– I to tyle? – zapytała z ulgą Renesmee.

– No wiesz… tyle widziałem. Nie wiem, dokąd ta miłość ich zaprowadziła po moim wyjściu. – Edward poruszył zabawnie brwiami.

– Tato – jęknęła wyraźnie zawstydzona Renesmee, po czym wybuchła szczerym, rozbawionym śmiechem, prawdopodobnie wyobrażając sobie własnego męża wtulonego w nagą klatkę piersiową Rufusa Prime’a. 

Kolejne FF do FF, oczywiście autorstwa niezastąpionej Liwii. Nie wiem, jak to skomentować, wiec powiem krótko: LASKA, JAK JA CIĘ KOCHAM! XDDD

wtorek, 8 lutego 2022

„Oj”


Chciał ich ignorować. Bogini mu świadkiem, że próbował, nie bez powodu trzymając się w najbardziej oddalonym kącie tuneli. Zwykle to wystarczyło, dając Rufusowi przynajmniej względne poczucie prywatności, zupełnie jakby kilka zawiłych korytarzy i kawałek materiału mogły dać efekt podobny do przesiadywania na drugim krańcu miasta i porządne, metalowe drzwi.

Ale nie w dni takie jak te. I nie przy Kristin, która w środku nocy zaczynała wydzierać się tak, że gdyby postawili ja przy wejściu, by robiła za alarm, samym głosem powaliłaby armię demonów, wilkołaków i Isobel. Przez chwilę nasłuchiwał, chcąc upewnić się, jak źle było tym razem i czy po ewentualnym spacerze do kuchni mógł spodziewać się jedynie zasztyletowanego Williama, czy może jeszcze kilku dodatkowych ofiar. Dalej uważał, że sprawę dało się rozwiązać bardzo prosto, dając tym najbardziej problematycznym dzieciakom ultimatum, a tym opornym gwarantując wycieczkę na plac w samo południe, ale Kristin miała inne zdanie. Bawiła się w jakaś cholerną zbawczynie zagubionych duszyczek, co byłoby nawet urocze, gdyby niezmiennie nie przypominała mu tym Layli.

Niech ją szlag.

Postukał ołówkiem w niedbale zapisany skrawek papieru. To wcale nie tak, że w ciągu ostatniego kwadransa pomylił się przez nich przynajmniej trzy razy, a w kawałku drewna coraz wyraźniej widział potencjał na kołek… I to nie dla siebie, tak z gwoli ścisłości.

Dał im pięć dodatkowych minut, nim ostatecznie pogodził się z tym, że Kristin szybko nie skończy. Cokolwiek się działo, najwyraźniej tym razem w grę wchodziła jakaś poważniejsza dyskusja. Kiedy do tego wszystkiego się wsłuchał, zorientował się, że wampirzyca w istocie nie prowadziła monologu, raczej reagując na odpowiedzi kogoś innego. To wykluczało dyskusję z Williamem, bo temu zwykle dawała czas co najwyżej na dwa słowa, nim decydowała się go unieruchomić. Podobno ze zwykłej przyjacielskiej troski, ale Rufus stawiał raczej, że znęcanie się nad tym chłopakiem raczej sprawiało mu przyjemność.

Krzyki stały się głośniejsze, kiedy znalazł się na korytarzu. W tamtej chwili przeklinał akustykę w tunelach, zwłaszcza że ta sprzyjała niesieniu się echa. Wywrócił oczami. Byłby bardziej rozdrażniony, gdyby zdecydowali się na podobne ekscesy w środku dnia, gdy wszyscy zaczynali odczuwać wszechobecne zmęczenie. Co prawda kilka razy zdążył się przekonać, że nawet wycieńczona Kristin wciąż potrafiła krzyczeć, ale…

Och, po prostu tam wejdzie. Z uprzejmą prośbą, by się pozamykali. Zawierająca kilka subtelnych gróźb i może ze dwa skręcone karki, ale to wciąż były szczyty jego uprzejmości na tę chwilę.

Mimo wszystko tunele wydawały się opustoszałe. Rufus mógł się założyć, że większość albo zdecydowała się ewakuować, albo właśnie używała sobie, obserwując rozwój wypadków między Kristin a – tak teraz podejrzewał – Asherą. Mógł się tego spodziewać, choć to i tak jedynie wzmogło odczuwaną przez wampira frustracje. Na ten temat też już dawno próbował rozmawiać.

Głosy jakimś cudem przybrały na sile, kiedy dotarł do pełniącej funkcję przedsionka, okrągłej sali. Z powątpiewaniem powiódł wzrokiem dookoła, choć dobrze wiedział, gdzie ulokowały się krzyczące kobiety. Jak znał te dwie, salon nadawał się do remontu, ale postanowił tego nie komentować. Nie pierwszy raz. W takich chwilach jedynie błogosławił fakt, że spędzał z towarzystwem tak mało czasu, jak tylko było to możliwe. W gruncie rzeczy tylko to decydowało o tym, że wciąż byli w stanie ze sobą funkcjonować, nawet jeśli czasami brak ofiar zakrawał o cud.

Z drugiej strony, chyba zaczynał do tego przywykać. Krzyki Kristin nie były niczym nowym. Opustoszałe korytarze, pełna napięcia atmosfera i malutka Claire, jak gdyby nigdy nic drepcząca sobie korytarzem z naprzeciwka… Dzień jak co dzień.

Chwila, co?!

Wycofał się tak gwałtownie, że niewiele brakowało, by się przy okazji potknął. Przez moment był gotów przysiąc, że jednak coś pomylił, ale nie. I nie chodziło tylko o to, że wciąż nie do końca przywykł, że gdzieś w tunelach od dobrych kilku tygodni znajdowała się jego córka. W tamtej chwili uderzyły go dwie kwestie na raz, aż sam nie był pewien, która bardziej skutecznie wytrąciła go z równowagi.

Po pierwsze, Claire chodziła. Absolutnie nieporadnie, co jakiś czas przytrzymując się ściany, ale jednak. Wyglądała na co najmniej zadowoloną z siebie, cierpliwie przemierzając pokryty malowidłami korytarz. Coś w tym widoku na moment całkowicie go pochłonęło, bo choć wiedział, że pół-wampirze dzieci zmieniały się zdecydowanie zbyt szybko, dopiero widząc córkę po dłuższym czasie uświadomił sobie, co to tak naprawdę oznaczało.

Wyglądała inaczej, niż kiedy widział ją ostatnim razem, jakie… Kilka dni temu? A może tydzień? Nie miał pewności. Zwykle nie zastanawiał się nad tym, jak długo zdarzało mu się unikać wszystkich wokół. Po prostu to robił, wmawiając sobie, że to najzupełniej w porządku, ale… Och, kiedy w grę wchodziło dziecko, to mogło mieć znaczenie. Tylko trochę, ale jednak.

Tak czy inaczej, Claire wyglądała inaczej. Nie od razu stwierdził pod jakim względem, ale jednak. Zeszczuplała, była wyższa, a czarne loczki okazały się dłuższe niż do tej pory. Co więcej, wydawała się bardzo, ale to bardzo skupiona na spokojnym przesuwaniu się naprzód. To, że ktoś zostawił odsłoniętą zasłonę do tunelu, w którym znajdowały się sypialnie, jedynie ułatwiało jej zadanie.

Ale chodziła. Nie od razu dotarło do niego, co to oznaczało, aczkolwiek.

A po drugie, Kristin właśnie zostawiła kilkutygodniowe dziecko bez opieki. W tamtej chwili zapragnął wrócić nie tyle po ołówek, co po całe naręcze dobrze zaostrzonych kołków. Posrebrzanych.

– Ja kiedyś naprawdę…

Urwał, bo w tym momencie Claire przystanęła i z zaciekawieniem spojrzała wprost na niego. Błękitne, niewinne oczy zabłysły w półmroku – zbyt lśniące, jaśniejsze niż te Layli, ale wciąż znajome. Nie ruszył się z miejsca, po prostu obserwując małą, zwłaszcza że i ta na moment przerwała wędrówkę, wyraźnie zaskoczona tym, że ma towarzystwo. Przez chwilę po prostu tam stałą, jakby zastanawiając się nad tym, co zrobić, po czym obdarowała go jednym z najbardziej uroczonych, promiennych uśmiechów, jakie kiedykolwiek widział.

Zrobiła kolejny krok. Tym razem zachwiała się, ale zanim zdecydował, czy powinien ją pochwycić, ostatecznie skapitulowała i klapnęła na ziemię. Przynajmniej nie zaczęła płakać, ale na jej twarzy odmalowało się coś na kształt jednego wielkiego zaskoczenia.

– Oj.

Znalazłby kilka innych, bardziej adekwatnych komentarzy, a jednak jak przyszło co do czego, nie potrafił zdobyć się na żaden z nich. Stał tam, patrzył i czuł niemalże tak, jakby właśnie wpakował się w ścianę. W jednej chwili krzyki Kristin i frustracja gdzieś zniknęły, choć prawie tego nie zauważył. Nie mógł nic poradzić na to, że mimowolnie się uśmiechnął i ruszył ku wciąż siedzącemu na ziemi dziecku.

– Jakim cudem wywędrowałaś aż tu? – westchnął, w absolutnie naturalnym odruchu biorąc ją na ręce.

Spojrzała na niego z zaciekawieniem, nie przestając się uśmiechać. Coś w świadomym wzroku Claire sprawiło, że poczuł się prawie jak wtedy, gdy pierwszego dnia Kristin wcisnęła mu ją w ramiona, upierając się, że to dobry pomysł. Może i tak było, zwłaszcza że i samo dziecko już wtedy głośno dawało do zrozumienia wszystkim wokół, czego oczekuje. Zupełnie jakby mogła wyczuć, w czyich ramionach się znajduje, choć Rufus szczerze wątpił, by ktokolwiek w podziemiach utożsamiał akurat jego z poczuciem bezpieczeństwa. Wręcz przeciwnie, a jednak Claire wydawała się mieć całkowicie odmienny pogląd na całą sprawę.

Gdyby do tego wszystkiego wiedział, co z nią zrobić, skoro już wylądowała w jego ramionach i wyglądała na zadowoloną z takiego stanu rzeczy…

Machinalnie przygarnął ją do piersi. Bardzo ostrożnie, nagle niepewny, jak postępować ze tą zdecydowanie zbyt ruchliwą istotą.

– To nie tak, że pozabijanie ich z tobą na rękach wchodzi w grę – wyrwało mu się.

Claire uniosła głowę, reagując na niego słowa. W tamtej chwili zaczął ich żałować, zwłaszcza że nie wiedział, na ile mogła zrozumieć ich sens.

– Oj – powtórzyła po chwili zastanowienia.

Parsknął, nie mogąc się powstrzymać. Nie miał pojęcia, jak to robiła, ale poczuł się tak, jakby całe dotychczasowe napięcie ostatecznie zniknęło.

– A żebyś wiedziała, że oj.

Tyle że to dalej nie rozwiązywało problemu tego, co z nią zrobić. Mógł co prawda pofatygować się do Kristin i uświadomić jej, że chyba o czymś zapomniała. Ewentualnie odniesienie dziecka do pokoju wampirzycy i Theo wydawało się sensowne, zwłaszcza że ta – bogini raczy wiedzieć kiedy i jak – zorganizowała tam łóżeczko. W normalnym wypadku podrzucenie tam Claire wydałoby mu się w pełni naturalne, ale po tym jak znalazł ją spacerującą środkiem korytarza, wątpił, żeby zostawienie jej samej było dobrym pomysłem. Jakoś stamtąd wyszła, a skoro zdołała zrobić to raz…

Wzmógł uścisk, zupełnie jakby dziewczynka w jakiś cudowny sposób mogła oswobodzić się z jego objęć i zrobić coś głupiego. Nie wziął tego pod uwagę wcześniej, ale niewinne dziecko pośród tych wszystkich wampirów jednak mogło okazać się problematyczne. To nie tak, że nie spodziewał się problemów, myślał o rozwiązaniu ciąży Layli – na długo przed tym, jak świat stanął na głowie, a ona… Cóż, zniknęła na dobre. Tak czy siak, nagle myśl o upilnowaniu niemowlęcia w laboratorium wydała mu się o wiele mniej straszna niż próba zignorowania tego, co mogło pójść źle w tym miejscu.

Tak naprawdę nie chciał wiedzieć, kto zamiast niego mógł natrafić na stawiającą pierwsze kroczki pół-wampirzycę. O tym, co wtedy mogło pójść nie tak, tym bardziej.

Niedobrze. Bardzo niedobrze.

Gniewnie spojrzał w stronę salonu. W którymś momencie krzyki ucichły, choć wciąż był w stanie wychwycić podniesione głosy. To mogło oznaczać dosłownie cokolwiek, łącznie z rychłym pojawieniem się Kristin, ale prawda była taka, że wcale nie chciał się z nią widzieć. Zanim zdążył podjąć jakąkolwiek decyzję, po prostu mocniej przytulił do siebie Claire i w pośpiechu wycofał się do korytarza, w którym mieściło się laboratorium.

Wierzył, że to brzmiało jak najgorszy pomysł na świecie. Bez wątpienia tak było, ale zarazem nie znał innego miejsca, w którym mógłby liczyć na spokój i poczuć się swobodnie. Kiedy do tego wszystkiego zauważył, że dziewczyna rozgląda się z błyskiem w jasnych oczach, wyraźnie zaciekawiona nowym miejscem, nie powstrzymał się od uśmiechu. Cóż, dzieciom zwykle niewiele trzeba było, by skupić ich uwagę, ale coś w jej zachowaniu i tak sprawiło, że zrobiło mu się cieplej. Prawie jak wtedy, gdy miał u swojego boku wciąż nie do końca pojmującą  większość jego eksperymentów Laylę.

Mimowolnie spojrzał na córkę. Gdyby kiedyś mógł…

Och, ale to nie miało znaczenia. Bardzo wiele kiedyś dość prawdopodobnych kwestii odeszło do strefy marzeń, kiedy pojawiła się Isobel. Nie żeby w przypadku swoim i Layli kiedykolwiek postępował w logiczny, właściwy dla wszystkich par wokół sposób. Gdyby wiedział, jak właściwie postępować z jakimkolwiek dzieckiem, na pewno nie zabrałby małej do laboratorium.

Przystanął przy jednym ze względnie bardziej uporządkowanych blatów. Mógł nie odrywać wzroku od Claire, ale nie ufał sobie na tyle, by ryzykować, że w zasięgu jej rąk znajdzie się jednak coś, co nie powinno. Jeśli czegoś nauczył się przy Alessi i Aldero, to na pewno to, że mieli w zwyczaju pojawiać się znikąd i absolutnie nie tam, gdzie powinni, nieważne jak bardzo próbował być czujny. Jeśli wziąć pod uwagę, po kim część genów odziedziczyła Claire, wolał nie testować jej skłonności do pakowania się w kłopoty. Ewentualny wybuch też był ostatnim, czego potrzebowali w podziemiach.

Ostatecznie posadził ją między książkami i porozrzucanymi notatkami. Zaraz po tym, jak upewnił się, że w kilka szklanych probówek, które nagle nalazły się w zasięgu drobnych rączek nie ma absolutnie niczego. Mimo wszystko i tak obserwował ją z przesadną wręcz uwagą, kiedy sięgnęła po jedną, obejrzała ze wszystkich stron i stanęła przed odwiecznym dziecięcym dylematem, obejmującym wepchnięcie ciekawego obiektu do buzi albo bezceremonialnego ciśnięcia nim o ziemię.

Wywrócił oczami, kiedy zdecydowała się na to drugie. Bez problemu pochwycił szkło, nie dorywając wzroku od zadowolonej z siebie córki.

– Niszczycielskie skłonności masz po matce – zawyrokował, wspierając obie dłonie na blacie po obu stronach Claire. – I obie robicie to z uśmiechem.

Tym razem nie zwróciła na niego większej uwagi. Niezrażona ograniczoną przestrzenią, rozejrzała się dookoła, tym razem zamiast za szklane probówki, chwytając za papier. Zdążył pobieżnie zerknąć na notatki i dojść do wniosku, że nie były mu potrzebne, dlatego nie zareagował, kiedy Claire zdecydowała się je pognieść, wyraźnie zafascynowana tym, że kartka mogłaby ustąpić pod jej naciskiem. Starannie zgniotła ją w kulkę, po czym cisnęła na ziemię. Pozwolił jej na to, zwłaszcza że na moment znów zaskoczyła go nie tyle promiennym wyrazem twarzy, co melodyjnym śmiechem. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek słyszał, żeby śmiała się w ten sposób.

Słodka bogini. To było tylko dziecko, a jednak obserwując ją, miał wrażenie, że przez całe wieki nie przyszło mu doświadczyć czegoś takiego. Jakby tego było mało, obserwowanie jak bawi się drobiazgami i śmieje bez większego powodu, naprawdę sprawiało mu przyjemność.

Claire poruszyła się, odchylając na bok i próbując wypatrzeć papierową kulkę, którą dopiero co sama cisnęła na ziemię. Musiała ją dostrzec, bo bez wahania wyciągnęła rękę w odpowiednim kierunku.

– Tam! – poprosiła, a po sposobie, w jaki zaczęła się wyrywać, Rufus momentalnie zorientował się, że wcale nie oczekiwała tego, że po prostu poda jej nową zabawkę.

Tak przynajmniej sądził, ale i tak czuł się prawie jak podczas jakiegoś wyjątkowo skomplikowanego eksperymentu, kiedy znów wziął ją na ręce. Tym razem zaczęła się wiercić w jego objęciach, wyraźnie niezadowolona z tego, że próbował ją nosić.

– Chcesz sama? – zapytał, kiedy wydała z siebie płaczliwy jęk, który niebezpiecznie zapowiadał perspektywę koncertu porównywalnego do tego, który dopiero co zorganizowała Kristin.

Och, zupełnie jakby miała mu odpowiedzieć! Klnąc w duchu na to, że dzieci nie potrafiły komunikować się w jakiś obrazowy sposób, mimo wątpliwości postawił Claire na ziemi. Dla pewności chwycił ją za rękę, póki nie uchwyciła równowagi. Nie przeszkodziło jej to w zrobieniu kilku chwiejnych kroków w kierunku papierowej kulki. Kiedy ją puścił, zadowolona schyliła się po papier, po czym prawie niechwiejnie odwróciła w jego stronę.

Przestąpiła naprzód. Trzymając kulkę w obu dłoniach, wyciągnęła ją w jego stronę.

– Tobie naprawdę niewiele trzeba…

Ale nie mógł zaprzeczyć, że coś w prostocie jej zachowania go rozczuliło. Tak jak i w sposobie, w jaki na niego patrzyła. Zupełnie jakby najbardziej ambitnym planem na cały dzień faktycznie mogła okazać się próba rozbicia fiolki i zabawa pogniecionym kawałkiem papieru. Co więcej, przez moment naprawdę mógł przysiąc, że Claire bawiła się tym lepiej, mając kogoś, komu mogła zaprezentować swoje aktualne zdolności.

Dzieci bywały… absorbujące. Tylko trochę, ale jednak. Kiedy Layla jak katarynka nawijała do zaokrąglonego brzucha, miał wrażenie, że całkiem upadła już na głowę, choć naturalnie tego nie skomentował. To, że kobieta w ciąży miała swoje humorki, wydało mu się naturalne. A jednak obserwując nieporadnie wędrujące tam i z powrotem pół-wampirzątko, jakoś nie przeszkadzało mu to, że z równym powodzeniem mógłby mówić do siebie.

Może jednak oszalał. Z drugiej strony, skoro nikt tego nie widział, nie widział powodu, by czuć się z tym źle.

Przez chwilę obserwował Claire, kiedy ta doszła do wniosku, że podróż przez korytarz to za mało i równie dobrze mogła rozejrzeć się po laboratorium. Tym razem chciał ją zatrzymać, ani trochę nie widząc tego jako dobry pomysł. Ostatnim, czego potrzebował, był biegający po zastawionej przestrzeni, wciąż nieporadnie poruszający się maluch, którego nie potrafiła upilnować para podobno ogarniętych wampirów. Nie miał pojęcia, gdzie aktualnie podziewał się Theo, ale w głowie powoli zaczynał rysować mu się plan wypatroszenia Kristin.

Zanim zdecydował się jakkolwiek zareagować, Claire przeszła po kroków – tylko po to, by zadecydować, że jednak jest zbyt zmęczona i znów wylądować na ziemi. Tym razem nie zaprotestowała, kiedy wziął ją na ręce.

– Chodź. Mam ochotę sprawdzić, czy już skończyli się drzeć.

Nie zaprotestowała, co było do przewidzenia, ale i tak potraktował to jako odpowiedź twierdzącą. Tym razem w okrągłej sali panował spokój, a kiedy zajrzał do salonu, zorientował się, że towarzystwo zdecydowało się ewakuować. Nie miał pewności, na czym stanęło, ale tak naprawdę nie chciał poznać szczegółów. W zamian jak gdyby nigdy nic przemknął do kuchni, nawet słowem nie komentując spojrzenia przesiadującego tam Lucasa.

Wampir spojrzał na niego dziwnie. Rufus przez moment był gotów przysiąc, że Pavarotti niemal zakrztusił się popijaną z kubka krwią, kiedy zauważył go z dzieckiem na rękach.

– Co? – obruszył się, ostentacyjnie ignorując wampira w drodze do lodówki. – Trzymam dziecko. To szybsze, niż czekać aż sama doczołga się do kuchni.

– Nic, nic, ale…

– Czy ciebie już całkiem rozum opuścił?! – rozbrzmiało w tym samym momencie.

Rufus nawet nie drgnął, wciąż ze spokojem trzymając Claire na rękach. Wyczuł, że mała wyprostowała się w jego ramionach i – całkowicie obojętna na morderczą nutę w głosie Kristin – ponad jego ramieniem radośnie pomachała do wzburzonej ciotki. Mimochodem pomyślał, że wampirzyca powinna to docenić, zwłaszcza że sam miał ochotę rozmawiać z nią zupełnie inaczej. Tylko, oj, córka w ramionach trochę krzyżowała mu plany.

Nie odpowiedział. Wcześniej bez pośpiechu wyciągnął jedne z wypełnionych krwią woreczków. Nie miał pojęcia, gdzie szukać butelki, ale kto wie, może w międzyczasie Claire nie tylko zaczęła chodzić, ale przestawiła się na picie z kubka.

– Spuść z tonu o oktawę czy dwie. Straszysz dziecko – rzucił jakby od niechcenia, a wampirzyca aż się zapowietrzyła.

– Latam i szukam jej od pół godziny! Czemu ty…?

Uciszył ją spojrzeniem. Zamilkła, jakby dopiero w tamtej chwili dotarło do niej, że tak naprawdę pozostawał jedną z ostatnich osób, które mogła rozliczać z zabrania dziecka. Och, no i ona też patrzyła na niego tak dziwnie, niemniej zaskoczona co Lucas, choć ten drugi był już w połowie drogi do drzwi, najwyraźniej zamierzając pospiesznie się ewakuować.

– To ty zostawiłaś ją samą w pokoju. A podobno to mnie regularnie zarzucacie szaleństwo – zauważył z przesadnym wręcz spokojem.

– No tak, ale… – Kristin potrząsnęła głową. – Nie mogłeś po prostu poniańczyć jej w pokoju? – westchnęła, ale już nie zabrzmiała aż tak pewnie jak wcześniej.

– Pewnie bym mógł – odparł bez większego zainteresowania – gdybym zastał ją w sypialni. Chociaż pewnie mi nie uwierzysz, jeśli ci powiem, że sama do mnie przyszła? – dodał i zabrzmiało to niemal pogodnie.

Jeszcze kiedy mówił, ostatecznie skrócił dzielący go od wampirzycy dystans. Spojrzała na niego dziwnie, jakby urwał się z kosmosu, zwłaszcza gdy jak gdyby nigdy nic podał jej zdezorientowaną, wodzącą wzrokiem od jednego do drugiego ze swoich opiekunów Claire.

– Ale, ale ona przecież…

– Zaczęła chodzić – wyjaśnił takim tonem, jakby właśnie rozprawiali z Kristin o pogodzie. – A teraz pewnie jest głodna, ale wiesz, że się nie znam. Zacznij pilnować ją bardziej, co? – Przesunął się, w następnej sekundzie zdecydowanie niedelikatnie chwytając wciąż zaskoczoną kobietę za ramię i przesuwając bliżej siebie. Na tyle, by szeptem wprost do jej ucha dodać: – Jeśli sobie nie radzisz, to mi powiedz. Uwierz, że doceniam to, co próbujesz zrobić dla Layli, ale… Och, Kristin, drugiego zmartwychwstania nie będzie. Jeśli coś jej się stanie przez twoje zaniedbanie, przysięgam, że nawet Theo mnie nie zatrzyma.

A potem odsunął się, raz jeszcze spojrzał na gaworzącą w ramionach ciotki Claire i bez zbędnych wyjaśnień wyszedł.

Okej, okej, ja nie mam pytań. Z wielkim love ya’! dla mojej Polonistki Roku. Nie wiem, czy podołałam, ale bawiłam się świetnie. <3

niedziela, 6 lutego 2022

„Jak pokochać Marco Licavoli?” [by Polonistka Roku]


Z uśmiechem na twarzy przyłożyłam dłoń do całkiem sporego brzuszka. Tym razem o wiele bardziej czułam, że jestem w ciąży, i że sprowadzę na świat nowe życie – maleńki owoc miłości do Gabriela. Ciąża trwała długo, przynajmniej jak na nasze standardy i zastanawiałam się czasem, co byłoby, gdyby dziecko rozwijało się normalnie, z taką prędkością jak Alessia  i Damien… Cóż, wtedy nic by nie było z całego planu i z tego budowania uczucia od nowa. Zostałoby mi siedzieć w ciszy w tunelach i czekać na cud, tak jak to robili pozostali od osiemdziesięciu lat. Nie chciałam ich krytykować, nie w tym rzecz, żeby ich oceniać, ale nie potrafiłam pojąć, jak Rufus mógł po prostu odpuścić. Wiedzieć, że Layla jest na wyciągnięcie ręki, tym bardziej że poza pamięcią, w ogóle się nie zmieniła. Gdybym ja faktycznie musiała siedzieć w tunelach i czekać, aż dziecko się urodzi, pewnie zaraz po porodzie uciekłabym  i desperacko stanęła przed Gabrielem, błagając, by sobie o mnie przypomniał. Uśmiechnęłam się na tę myśl – tata by mnie zabił, a Rufus wysadziłby tunele, krzycząc coś o niemyślącej dziewczynie i dzisiejszej młodzieży. Jedyna za co naprawdę jestem wdzięczna to fakt, że byłam w ciąży w czasie przeniesienia. Gdybym urodziła moje trzecie dziecko przed powrotem Isobel i straciła całe jego dzieciństwo, osiemdziesiąt lat życia… Widziałam, co działo się z Laylą, która próbowała teraz nadrobić te wszystkie lata i dzieciństwo Claire. Ale przysięgam, jeżeli biorąc pod uwagę fakt, że zaszłam w ciąże w roku tysiąc dziewięćset dwudziestym dziewiątym, dziecko urodzę w dwa tysiące dwunastym… jeżeli mimo to dziecko urodzi się normalne, dam się ugryźć Rufusowi. Chociaż naprawdę nie wiem, jakie kategorie normalności powinnam tu stosować.

Siedziałam na ganku naszego domu. Tak, naszego – tego, w którym kiedyś byliśmy szczęśliwi, do którego wróciłam z tak wielkim wzruszeniem, i w którym Gabriel poznał o mnie prawdę. Kochałam ten dom bardziej niż ten, w którym się urodziłam i wychowałam. Bardziej niż ten  w Columbus, w którym rozwinęły się nasze uczucia wiele lat temu. Dziwnie było mi mówić,  że coś stało się osiemdziesiąt lat temu, gdy sama jestem na dobrą sprawę nastolatką. Może  i czułam się o wiele bardziej dojrzała od Claire, która nazywała mnie ciocią, ale prawdą jest,  że gdyby nie cała ta podróż w czasie i poznanie Gabriela, wciąż dawałabym się ubierać w to, co wybierze mi Alice, biegałabym po lasach w La Push z Jacobem i czułabym, że wchodzę na granice ryzyka, skacząc z klifu w bezpiecznych warunkach, bo pod okiem Jacoba. Czasy przed Gabrielem wydawały mi się tak nierealne… tak beztroskie, bo byłam wtedy tylko dzieckiem, oczkiem w głowie całej rodziny. Okres dzieciństwa wydawał mi się baśnią, w której wszystko było po prostu dobrze, bo zawsze ktoś o to dobro dbał. Jednocześnie czułam, że było wtedy… pusto? Tak, chyba pusto. Bezpieczny klosz z czasem staje się klatką. Miałam wrażenie, że to inne życie, nie moje, jakbym narodziła się w momencie poznania Gabriela i ktoś opowiedział mi historię „za górami, za lasami…”, twierdząc, że to moje dzieciństwo. Dlatego tak rozumiałam moją rodzinę, moją mamę… mojego tatę, chociaż podobno już pamiętał. Nieważne, że był świadom, co się dzieje. Nieważne, że pamiętał mój ślub z Gabrielem  i narodziny naszych dzieci. Ważne, że z jego perspektywy jednego dnia miał małą córeczkę, która bawiła się w lasach La Push, a po paru dniach spadła na niego informacja, że ma zięcia, dwoje wnuków, trzeciego wnuka w drodze, do tego świat jest zupełnie inny niż sobie wyobrażał, a jeśli chce zostać z córką, musi zaangażować się w nieswoją wojnę. Isobel zniszczyła nam życie, które stworzyliśmy i nie jestem w stanie sobie wyobrazić adekwatnej do tego kary.

Prawie dostałam zawału (jakby to było w ogóle możliwe), gdy ktoś po prostu usiadł obok mnie. Szybko podniosłam głowę, by spojrzeć w oczy mojego potencjalnego zagrożenia, nawet nie zauważając, że brzuch objęłam opiekuńczo dłońmi. Odetchnęłam z ulgą, widząc, że obok mnie siedział nie kto inny jak Marco Licavoli. Uśmiechnął się delikatnie, jakby chciał mnie uspokoić, a ja od razu się rozluźniłam. Czego by o nim nie mówić, czego by mu nie pamiętać, czułam się przy nim bezpieczna. Po wydaniu z siebie pełnego ulgi westchnięcia, jeszcze raz spojrzałam na niego, pytająco unosząc brew, jakbym niecierpliwie wyczekiwała, aż powie mi, czego chce.

­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­­– Przepraszam, że cię przestraszyłem, Renesmee – powiedział cicho. – Naprawdę nie chciałem.

– Och, dlatego się skradałeś, tak? – Starałam się brzmieć oskarżycielsko, choć wiem, że wyczuł w moim głosie nutę rozbawienia. Z tą miną niewiniątka tak bardzo przypominał mi Gabriela… widziałam swojego teścia tyle razy i za każdym razem na nowo szokowało mnie podobieństwo między moim mężem a jego ojcem. Starałam się nie mówić tego głośno przy Gabrielu, wiedziałam, jak go to przeraża. Przez wiele wieków żył w strachu o siebie i siostrę, traktując swojego ojca jako zagrożenie, a potem żył w strachu, że coś stanie się mnie… a to zniszczy go tak samo, jak śmierć Gabrielli zniszczyła Marco.

– Tak, przeraża go to. Mnie też przeraża, do czego doprowadza szaleńcza miłość.

– Skąd ty…? – Spojrzałam na niego wściekle, a wszystkie oskarżenia były wymalowane na mojej twarzy.

– Spokojnie, jesteś pełna emocji, do tego w zaawansowanej ciąży. Nic nie słyszałem, zanim tu przyszedłem, ale pod wpływem strachu zaczęłaś nadawać na odległość.

– Przepraszam. – Zarumieniłam się.

– Nic się nie stało, a co do skradania się, wcale tego nie robiłem. Po latach życia z moim synem powinnaś się przyzwyczaić.

– No tak, wybacz, że gdy siedzę tu sama, z wielkim ciążowym brzuchem, a nie tak dawno  w mieście trwała wojna, z lekka się przestraszyłam, gdy mnie zaskoczyłeś – ironizowałam. Przez chwilę pomyślałam, że zaczynam zachowywać się jak Isabeau, ale szybko odgoniłam tę myśl.

– Masz wybaczone. – Puścił do mnie oczko i uśmiechnął się tak… tak gabrielowo.

– Po co tu przyszedłeś, Marco? Pytam poważnie, jeśli Gabriel dowie się, że tu jesteś…

– Och, proszę cię, mój syn wie, że tu jestem dłużej od ciebie. Spostrzegawczość i inteligencję odziedziczył po mnie. Pozwala mi tu być i prawdopodobnie nie słucha naszej rozmowy tylko dlatego, że ci ufa. Uwierz mi jednak, że tylko czeka na sygnał – jeden twój krzyk albo myśl w stylu „Ratunku, Gabrielu, Marco ściąga mi sukienkę” i wyskoczy przez okno, żeby szybciej się tu znaleźć.

Postanowiłam nie komentować sposobu, w jaki sparodiował mój głos, tym bardziej że… że ja chyba nie pojmowałam jego poczucia humoru.

– Nie czuję się przy tobie zagrożona. Jakoś mimo wszystko wiem, że mnie nie skrzywdzisz. – Spojrzałam w jego czarne oczy. – Zmieniłeś się, Marco, a teraz, gdy odzyskałeś Allegrę,  a możesz odzyskać też swoje dzieci, masz zbyt wiele do stracenia, by zawieść.

– Doceniam twoją wiarę w moją osobę, naprawdę. Tym bardziej, że przed tym całym cyrkiem nie mieliśmy okazji się poznać bliżej niż na odległość dziesięciu metrów i to jeszcze z moim wściekłym synem między nami. Do tego wiem, że gdyby „czytający” w myślach Edmund wiedział, że z tobą rozmawiam, ściągnąłby tu całą rodzinkę i może jeszcze tego wariata mojej córki, bo zdaje się, że o ile gość jest wzorcem indywidualności, w kwestii nienawiści do Marco Licavoli chętnie brata się każdym, kogo spotka. „Hej, też nienawidzisz ojca mojej żony - tak, a co? - a nic, świetnie się składa, witamy w rodzinie”.

Chciałam czy nie, zaśmiałam się cicho w reakcji na jego słowa oraz cudzysłów, który zrobił palcami przy wzmiance o czytaniu myśli przez mojego ojca. Rozumiałam, że swoim specyficznym poczuciem humoru próbuje radzić sobie ze świadomością, co wszyscy o nim myślą.

– Dokładnie tak jest, mi bella.

Słysząc to, po raz kolejny spojrzałam na niego oskarżycielskim wzorkiem, na co on podniósł ręce do góry w poddańczym geście.

– Naprawdę, nie moja wina, dalej zupełnie przypadkiem wysyłasz mi pojedyncze myśli. Rozumiem, że jesteś w zaawansowanej ciąży, powinnaś jednak bardziej się kontrolować, Renesmee. – Spojrzał na mnie zupełnie poważnie, na co przewróciłam oczami. – Wiem, że jestem czarną owcą tej rodziny. Po tym, co zrobiłem moim dzieciom i… i Gabrieli, nie zostaje mi nic innego niż cierpliwie czekać na wybaczenie, a żeby nie zwariować sam ze sobą, staram się obrócić waszą nienawiść w żart.

– Ja cię nie nienawidzę – wtrąciłam – mówiłam ci.

– Tak, wiem. Chyba dlatego czuję potrzebę, żeby z tobą porozmawiać. Ma wrażenie, że tylko ty, poza Allegrą, patrzysz na mnie normalnie. Choć masz zdecydowanie więcej powodów, by mnie nienawidzić niż Edmund.

– Edmund… to znaczy Edward. Cholera jasna, mój tata! – Szybko się poprawiłam, nie wierząc w to, że nazwałam tatę Edmundem. Sądząc po rozbawionym i zszokowanym wyrazie twarzy Marco, był w niemniejszym szoku ode mnie. – Jest bardzo troskliwy, dużo zrobiłby dla rodziny. Tyle faktów spadło na niego w jednej chwili.

– Dobrze, dobrze, rozumiem. Po prostu lubię go trochę podrażnić. Wiesz, mam nadzieję,  że jeszcze z nim wygram w konkursie na dziadka roku. – Znów puścił mi oczko.

– Marco, nie chciałabym cię poganiać, ale jest późno, a Gabriel pewnie odchodzi od zmysłów  i rwie sobie włosy z głowy. Po co przyszedłeś?

Marco zastanowił się chwilę, jakby pod wpływem mojego pytania sam zapomniał celu swojej wizyty. Przymknął oczy i spojrzał w niebo. Księżyc oświetlił jego twarz, a mnie po raz kolejny zadziwiło podobieństwo do mojego męża. Czasami trudno było mi uwierzyć, co robił ten piękny i szlachetny mężczyzna.

– Gabriel wciąż cię nie pamięta, prawda? – spytał cicho, jakby bał się, że tego tematu nie porusza się głośno albo że Gabriel jednak uważnie słucha każdego naszego słowa.

– Nie, ale… przypomni sobie, ja to wiem. Po prostu on najbardziej był związany z Isobel i to wszystko…

– Nie tłumacz go, Ness. Ja wszystko rozumiem, naprawdę. Sam nie wie, co się dzieje, kogo jak traktować, z kim miał jakie relacje. Twoja rodzina podchodzi sceptycznie do niego i do wszystkich Licavoli, choć ty sama nosisz to nazwisko i należy ci się ono bardziej niż mnie. Twój dziadek i ojciec pamiętają go i wiedzą, że nigdy by cię nie skrzywdził, ale świadomość, że nie jest sobą sprawia, że drżą o ciebie, co najmniej jakby Gabriel był w stanie cię skrzywdzić i co najmniej, jakbym ja miał mu na to pozwolić.

Chciałam go uciszyć, ale mnie powstrzymał. Na samą myśl, że Gabriel może nas słuchać, wyobraziłam sobie jego reakcję na te słowa i od razu zrobiło mi się zimno.

– Nie mów tak, Marco…

– Wiem, przepraszam. Wiem, że nie powinienem, chciałem tylko, żebyś wiedziała, że on tylko zgrywa silnego, bo życie nauczyło go, że musi. Lata bezradności w czasach dzieciństwa sprawiły, że on chce być niezniszczalny i opanowany, by chronić tych, których kocha, tak jak nie mógł ochronić Layli.

– Marco, proszę… – zaczęłam, bo ta rozmowa stała się dla mnie niezręczna.

– Nie, Renesmee, chcę to powiedzieć. Wiem, że ciebie nie skrzywdziłem i nie tobie powinienem się tłumaczyć, ale zrozum, że ja noszę to w sobie od kilku wieków, a Gabriel i Layla mnie nie wysłuchają… jeszcze nie teraz. Może to, że ty mnie przyjęłaś jakoś wpłynie na Gabriela. Nieważne, chcę po prostu, żebyś wiedziała, co myślę.

– Dobrze – szepnęłam, układając dłoń na brzuchu.

 – Byłem potworem, Renesmee, strata Gabrielli zrobiła ze mnie kogoś, kogo sam się boję do dziś. Mimo że się zmieniłem, że minęło wiele lat, ten potwór jest jak mój cień, a ja żyję w ciągłym przerażeniu, że on znów przejmie kontrolę. Gabriella była moim łącznikiem  z człowieczeństwem, moją kotwicą. Teraz potrzebuję was. Potrzebuję Allegry, ale ona nie może być jedyną osobą, która mnie kocha, tak jak nią była Gabriella. Potrzebuję rodziny, dzieci, wnuków, ciebie. I choć wiem, że na to nie zasługuję, mam nadzieję. Nadzieja, że kiedyś będzie normalnie, że Layla przytuli się do mnie jak córka do ojca, że Gabriel usiądzie ze mną wieczorem i porozmawia jak ojciec z synem... to trzyma mnie przy życiu, Ness. Przy życiu  i przy zdrowych zmysłach. Dlatego przysięgałem cię chronić. Nie mogę pozwolić, by mój jedyny syn stracił swoją kotwicę. Gdyby coś się stało tobie, mi bella… Gabriel też ma swojego potwora.

– Nie, Marco, stop! Nie mów tak! – Wstałam gwałtownie, zaraz jednak się opamiętałam. Mój mąż był niedaleko i nie chciałam dawać mu powodów do reakcji.

– Kiedy to prawda, Renesmee – wyszeptał i spojrzał na mnie z takim wyrazem twarzy, jaki miał Gabriel, gdy stanął przed moją rodziną, która dzięki Alice była świadoma wydarzeń w Niebiańskiej Rezydencji. Te zagubione, przerażone oczy, w których emocje nieudolnie próbują się ukryć za chłodem. – Jeżeli coś by ci się stało, to by zniszczyło Gabriela, a tak naprawdę nas obu. Licavoli mają swoje mroczne pierwiastki, których nie da się wytępić w genach, wiesz? Dlatego będę cię chronił, nawet jeśli mój syn odbiera to jako coś niewłaściwego. Chcę, żebyś wiedziała, że możesz na mnie liczyć. I mam prośbę.

– Słucham cię, Marco – powiedziałam, na powrót siadając obok niego. Dłoń wróciła na brzuch, gdy poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Zszokowana podniosłam wzrok i spojrzałam na teścia, jednak jego wzrok był tak… łagodny, ojcowski i opiekuńczy, że nie potrafiłam dojrzeć w tym geście niczego niewłaściwego.

– Chcę mieć kontakt z wnukiem… lub wnuczką – uśmiechnął się. – Chcę być dziadkiem lepszym niż ojcem i wiem, że Gabriel nigdy nie pozwoli mi się zbliżyć do swojego dziecka, zwłaszcza jeśli będzie to córka, dlatego zwracam się do ciebie.

– Marco, ja… proszę cię, zrozum. Muszę uszanować wolę i emocje Gabriela. Jest moim mężem, ojcem moich dzieci. Nie mogę wystąpić przeciw niemu w sprawie, która dotyczy jego bardziej niż mnie.

– Proszę cię, Renesmee. Nie będę rzucał mu się w oczy, nie zbliżę się do Layli, póki nie poprosi, nawet nie spojrzę krzywo na Edmunda, mogę nie odzywać się nawet do ciebie, jeśli tego chcesz, ale wiedz, że nie zapomnę mojej przysięgi. Proszę cię tylko o kontakt z waszym dzieckiem. Pod waszym nadzorem, bo choć nie lubię tego, że traktujecie mnie, jakbym był przestępcą na przepustce z więzienia, rozumiem, że się boicie. Wiem, co znaczy strach o własne dzieci, wbrew temu, co wszyscy myślą.

– Pomyślę o tym, dobrze? – skapitulowałam. – Pomyślę o tym i porozmawiam z Gabrielem,  ale nie sądzę, żebyś mógł dostać więcej niż jedną szansę.

– Nic więcej niż jedna szansa nie jest mi potrzebne, Renesmee. – Chwycił mnie za ramiona  i spojrzał mi w oczy z emocjami tak silnymi, jakbym właśnie mu oznajmiła, że wynalazłam wehikuł czasu i może jeszcze wszystko naprawić.

– Powinieneś już iść, Marco – powiedziałam – jeżeli faktycznie chcesz dostać szansę, nie powinniśmy nadużywać cierpliwości Gabriela.

– Jak zwykle się z tobą zgadzam, mi amore – usłyszałam, jednak to nie był głos Marco.

Gabriel wyszedł z domu i podszedł do mnie spokojnie, choć widziałam, że ledwo trzyma nerwy na wodzy. Szybko odsunęłam się od Marco i wstałam. Zrobiłam to zbyt gwałtownie, więc zakręciło mi się w głowie, ale mój mąż znalazła się przy mnie w ułamku sekundy i podtrzymał mnie za ramię.

– Ostrożnie, Angelo. Wiem, że Marco ma jakiś ambitny plan chronienia cię nawet przed samą sobą, ale nie sądzę, że powinnaś wykazywać się nadmiernym zaufaniem.

– Gabrielu… - zaczęłam, ale ucichłam, widząc skrajne emocje w jego oczach. Fakt, że wciąż nie pamiętał i jego ostatnie wspomnienia z ojcem to te z czasu dzieciństwa, nakazywał mu czuć strach o mnie i nasze nienarodzone dziecko. Marco był dla niego wcieleniem zła, przed którym od dziecka chciał się bronić. Nie dziwiło mnie, że teraz, gdy był w stanie mnie chronić, chciał zamknąć mnie z dala od swojego ojca, a najchętniej wypędziłby go z Miasta Nocy.

– Nie, mi amore. Byłem wystarczająco cierpliwy. – Prawie niezauważalnie przesunął się tak, że stał bardziej przede mną niż obok mnie, zasłaniając mnie przed ojcem. – Uważam, że czas wizyty Marco dobiegł końca. Powinnaś odpocząć.

– Racja, Renesmee, Gabriel ma rację – uśmiechnął się jego ojciec – ma to po mnie, nie? – dodał dla rozluźnienia atmosfery, jednak szybko zrozumiał, że w obecnej sytuacji jego żart był co najmniej nie na miejscu. – Dziękuję ci za rozmowę, dobranoc.

– Dobranoc – odpowiedziałam cicho, wciąż oszołomiona tym, co się wydarzyło i co mi powiedział.

– Wszystko w porządku? – usłyszałam zaniepokojony głos Gabriela – Nessie – powiedział głośniej – wszystko w porządku? Nic ci nie zrobił? Tak bardzo chciałem zareagować, gdy tylko zrozumiałem, że jest tutaj, ale och… tak bardzo nie rozumiem tej waszej pokręconej relacji, postanowiłem ci zaufać, ale… Aniele, nawet nie wiesz, ile mnie to kosztowało.

– Przecież gdyby coś się działo, od razu byś o tym wiedział. – Uśmiechnęłam się i położyłam dłoń na jego policzku. On pocałował ją delikatnie, a swoje ręce umieścił na moim sporych rozmiarów brzuchu. Czułam, jak mój mąż uspokaja się pod wpływem naszej bliskości  i uśmiechnęłam się szerzej. Ostatnie o czym marzyłam to dyskusja o Marco. Zanim porozmawiam z Gabrielem o jego ewentualnych kontaktach z naszym dzieckiem, muszę sama to przetrawić.

– Chodźmy spać, Kochanie – wyszeptałam. – Layla zapowiedziała się, że przyjdzie przed świtem, żeby dopracować naszą dziecięcą wyprawkę, więc chyba powinnam się wyspać. – Zaśmiałam się, a Gabriel przewrócił oczami, dobrze wiedząc, jak ekspansywna potrafi być jego siostra, zwłaszcza gdy ma dobre chęci.

Powyższy tekst jest dla mnie wyjątkowy. Pod każdym względem, zaczynając od tego, że nie pisałam go ja, ale moja cudowna Polonistka Roku. Kochana, dziękuję! To już chyba jakaś incepcja, ale ten one shot to absolutnie fanfik pisany do fanfika. Można? Można.

Wciąż się zachwycam, bo to tak doskonale wpasowuje się w całość historii, że to wręcz nieprawdopodobne. Klimat, postacie, kilka smaczków i dopełnienie decyzji Renesmee o tym, by dopuścić Marco do Jocelyne. Wciąż cieszę się jak dziecko. Z tego, że pozwoliłaś mi ten tekst opublikować i wręcz dołączyć do kanonu, tym bardziej. Więcej wiary w siebie, bo zdecydowanie masz powody, by czuć dumę! Jeśli nie, ja będę za Ciebie – i przez tego shota, i sam fakt tego, że się poznałyśmy. :3

wtorek, 30 marca 2021

„Przyjaciel” [3/3]

 

Voilà!

Nie zauważyła, kiedy wrócił do pokoju. Aż podskoczyła na swoim miejscu, gdzie wciąż napawała się bijącym od płomieni ciepłem.

Drake wyglądał na zadowolonego z siebie. Faktycznie przyniósł jej coś, w co mogła się przebrać, na dodatek nie różowego, choć do samego końca Beau wątpiła, na ile mogła mu pod tym względem zaufać.

– Och… – wyrwało jej się.

Poderwała się na równe nogi, z zaciekawieniem spoglądając na ciemny materiał. Spodobała jej się. Wyglądała jak jedna z tych, które mama czasami nosiła podczas uroczystości – czarna jak noc, prosta i długa. W zasadzie nie wyglądała jak coś, co mogłoby być dobre na nią, chociaż…

– Bliss nigdy jej nie nosi. Jest na nią za duża – wyjaśnił Drake, zachęcająco wyciągając ręce przed siebie.

– Na mnie też – stwierdziła, raz jeszcze mierząc kreację wzrokiem.

Powiedziała to z żalem, czując się prawie ja wtedy, gdy czasami buszowała w rzeczach Allegry, naiwnie wierząc, że w końcu znajdzie coś dla siebie. Tylko czekała na moment, w którym będzie mogła sobie na to pozwolić. Obserwując matkę podczas uroczystości, żałowała, że nie mogła do niej dołączyć. Z jej perspektywy kapłanka lśniła, przyciągała cudze spojrzenie i wydawała się taka… niezwykła… tak pełna siły i…

Ostrożnie podeszła do Drake’a. Nie mogła powstrzymać się przed wyciągnięciem ręki i dotknięciem delikatnego materiału. Tak, sukienka zdecydowanie wyglądała na taką, którą mogłaby ubrać Allegra. Może to ogień, a może coś innego, ale Isabeau nie mogła pozbyć się wrażenia, że materiał lśnił w subtelny, przyjemny dla oka sposób.

– Pewnie moja mama ją nosiła. Nie żebym w ogóle to pamiętał. – Drake wzruszył ramionami. – Bliss się podoba. Pomyślałem, że tobie też.

– Tak… – wyrwało jej się. W następnej sekundzie spoważniała, nagle prostując niczym struna i cofając o krok. – Znaczy… jest ładna. Trochę jak mojej mamy, ale i tak nie mogę jej ubrać – zauważyła, krzyżując ramiona na piersi.

Wciąż było jej zimno. Przemoczone ubranie kleiło się do ciała, przyprawiając Beau o dreszcze nawet mimo czasu, który spędziła przy kominku. Nieważne jak dobrych intencji nie miałby Drake, w ten sposób niekoniecznie jej pomagał.

– Cóż… Może kiedyś. – Chłopak wysilił się na blady uśmiech. – Kiedyś znajdę dla ciebie najpiękniejszą sukienkę.

Spojrzała na niego w oszołomieniu, zaskoczona tym wyznaniem. Poczuła, że się rumieni, choć sama nie była pewna dlaczego. Ale spoglądał na nią tak dziwnie… No i te słowa… Co miały oznaczać te słowa…?

– Zabrzmiało – zauważyła cicho – jakbyś chciał się ze mną widywać.

– A dlaczego nie?

Zamrugała, nagle jeszcze bardziej zaskoczona. Nie pomyślała o tym. W Mieście Nocy nie było aż tak wielu pół-wampirów w jej wieku. W zasadzie pomijając Aldero, nie miała innego towarzystwa. Ten chłopak był inny niż jej brat, może dlatego, że wciąż go nie znała. A jednak w tych ciemnych oczach było coś takiego, co sprawiało, że chciała spędzać z nim czas – i to nie tylko przez to, że wyciągnął do niej rękę, kiedy tego potrzebowała.

– Dalej mi zimno.

Parsknął, ale nie zaprotestował. Tym razem zniknął na krócej, wracając ze zwitkiem ubrań, które wydały jej się wystarczająco dobre, by mogła je przyjąć. Schowała się w łazience, w pierwszym odruchu z zaciekawieniem spoglądając na zdobienia na kafelkach, pokaźnych rozmiarów wannę i olbrzymie lustro. Co prawda ledwo sięgała do tego ostatniego, ale kiedy stanęła na palcach, zdołała dostrzec swoją twarz – wciąż nieco wystraszone błękitne oczy i zarumienione policzki.

Ten dom był dziwny. Potężny i piękny, pełen starych, ale wciąż pięknych rzeczy, których jak nic nie widywało się tak po prostu. Tym bardziej nie rozumiała, dlaczego Drake i jego siostra mieliby mieszkać sami, na dodatek w tak potężnym miejscu. Czuła się jak we własnym domu – równie bogatym, co jednak już dawno przestało ją dziwić, skoro była córką kapłanki. Allegra miała w tym miejscu znaczenie. Czy to znaczyło, że rodzice Drake’a również, oczywiście jeszcze wtedy, gdy żyli? Skoro tak, dlaczego nigdy o nich nie słyszała?

Wciąż miała mętlik w głowie, ale to i tak wydało jej się lepsze niż zastanawianie nad tym, w jaki sposób miałaby wrócić do domu. Aldero jak nic jeszcze długo miał przypominać jej o tym, że się zgubiła – ku jej irytacji, zwłaszcza że nie zamierzała się do tego przyznawać. Mogła udawać, że to było planowane. I hej! Nie znalazł jej, prawda? To znaczyło, że wygrała zabawę w chowanego. W końcu nikt nie mówił, że nie mogła schować się w pewnym, dotychczas obcym domu swojego nowego… hm, przyjaciela.

Drake nie przyniósł jej sukienki. Zrozumiała to, kiedy już zdjęła z siebie przemoczone ubranie, chcąc nie chcąc decydując się wciągnąć na siebie rzeczy, które od niego dostała. W pierwszym odruchu skrzywiła się, kiedy dotarło do niej, że miała do dyspozycji trochę tylko za długie spodnie i sweter, ale zdecydowała się tego nie komentować. Jakby tego było mało, ubrania okazały się cieplejsze niż jej własne, suche i… pachniały w sposób, który rozpoznała dopiero po chwili.

Nim. Dał jej swoje rzeczy.

Wyślizgnęła się na korytarz, bez pośpiechu ruszając z powrotem do salonu. Znalezienie drogi okazało się proste, zwłaszcza że ze środka wciąż biło ciepło tańczącego w kominku ognia.

– Ooo… Teraz wyglądasz jeszcze słodziej – usłyszała, ledwo tylko weszła do środka.

– Nie jestem słodka – obruszyła się, zatrzymując w pół kroku. Spojrzała na niego gniewnie, ale nic nie wskazywało na to, żeby jej słowa robiły na nim wrażenie. Gdy do tego wszystkiego wyciągnął rękę, by jak gdyby nigdy nic pogłaskać ją po głowie… – Ej, mówię poważnie!

Roześmiał się w odpowiedzi. W tamtej chwili aż nadto skojarzył jej się z bratem, więc zrobiła pierwszą rzecz, która przyszła jej do głowy i po prostu na niego skoczyła. Wystarczyła chwila, żeby oboje wylądowali na dywanie, ona początkowo na zwycięskiej pozycji, choć wystarczyła zaledwie chwila, by Drake zdołał ją z siebie strząsnąć. Już w chwili, w której podchwyciła jego spojrzenie, pojęła jakie miał zamiary.

Magiczne zdolności. Och, nie…

– Ani mi się waż – zaoponowała, próbując go od siebie odepchnąć. – Ani mi się…

Nie posłuchał. Wydawał się świetnie bawić, mogąc kilkoma ruchami sprawić, by zaczęła się niekontrolowanie śmiać. Próbowała odepchnąć jego ręce, ale nie dał jej po temu okazji. Przez jakiś czas ignorował to, że starała się wyrywać, walczyć i że najchętniej zdzieliłaby go czymś po głowie, byleby tylko przestał się nad nią pastwić. Wycofał się dopiero po chwili, kiedy już dawno zabrakło jej tchu i siły, żeby próbować się mścić.

Leżała na dywanie, co okazało się o wiele wygodniejsze od przesiadywania w śniegu. Drake jak gdyby nigdy nic ułożył się obok, w pewnym momencie biorąc ją za rękę – tak po prostu, prawie jak na zewnątrz, kiedy prowadził ją do domu.

– Lubię cię, Isabeau.

Uśmiechnęła się. Te słowa okazały się przyjemne. Na swój sposób rozgrzały ją bardziej niż płomienie, chociaż nie sądziła, że to możliwe.

– Brat i mama mówią na mnie Beau – przyznała i tyle wystarczyło, by jednak się poderwał, spoglądając na nią z zaciekawieniem.

– Powinnaś powiedzieć, że ty mnie też – obruszył się.

Wydęła usta.

– Ani trochę. Znęcasz się nade mną.

Zrobił taki ruch, jakby znów chciał dosięgnąć jej żeber, więc z piskiem okręciła się na bok. Z ulgą przyjęła fakt, że jednak darował sobie łaskotki. W zamian jak gdyby nigdy nic ułożył się obok, wspierając brodę na dłoni.

Pozwoliła, by włosy opadły jej na twarz. Czuła się zmęczona, a bijące od kominka ciepło jedynie potęgowało ten stan. To oraz poczucie, że przy Drake’u mogła pozwolić sobie na to, żeby odpocząć.

– Dobra – mruknęła sennie, zamykając oczy. – Może jednak troszeczkę… Ale tylko troszeczkę – powtórzyła z naciskiem.

Nie odpowiedział, ale nie musiał. Zanim zapadła w sen, była gotowa przysiąc, że zauważyła,  że znów się uśmiechał.

 

Ocknęła się nagle, dziwnie zdezorientowana. Z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że jest w obcym, pełnym cieni pomieszczeniu. W pierwszym odruchu poderwała się do pionu, w panice wodząc wzrokiem dookoła i próbując zrozumieć, dlaczego siedziała na podłodze. Dopiero po kilku chwilach uprzytomniła sobie, że wciąż była w domu Drake’a.

Potrząsnęła głową. Obejrzała się na kominek, by przekonać się, że ogień zdążył wygasnąć, co jedynie utwierdziło Isabeau, że musiała odpłynąć na kilka godzin. Co więcej, była w pokoju sama i choć nic nie wskazywało na to, żeby miała powody do niepokoju, to odkrycie przyprawiło dziewczynę o dreszcze.

– Drake? – rzuciła z wahaniem w przestrzeń.

Nie doczekała się odpowiedzi. W powietrzu przynajmniej wciąż unosił się jego zapach i to wystarczyło, żeby choć trochę ją uspokoić. Chwilę jeszcze siedziała w bezruchu, oddychając szybko i płytko, prawie jak po przebudzeniu ze złego snu. Problem polegał na tym, że tym razem nie śniła koszmaru, z którym mogłaby pójść do Allegry. Nie, skoro wciąż znajdowała się poza domem.

Mama miała być zła. I jak nic już odchodziła od zmysłów, ale…

Isabeau poderwała się na równe nogi, wcześniej odrzucając od siebie coś, co okazało się kolorowym kocem w kratkę. Nie przypominała sobie, żeby miała go, kiedy przed zaśnięciem leżała u boku Drake’a i to utwierdziło ją w przekonaniu, że chłopak musiał ją okryć później.

Niezbyt miło, skoro po wszystkim mnie zostawił.

Wydęła usta. Aldero też czasami to robił, znikając w najmniej oczekiwanych momentach. Jak na bliźniaka, który powinien wziąć na siebie obowiązek chronienia jej, czasami zachowywał się w naprawdę irytujący sposób. Najwyraźniej faceci mieli to do siebie, że lubili robić takie rzeczy. Drake pod tym względem nie był wyjątkiem.

Wyszła na korytarz, z powątpiewaniem rozglądając się dookoła. Chwilę nasłuchiwała, ale odpowiedziała jej wyłącznie wymowna cisza. Tyle wystarczyło, żeby Beau zapragnęła wrócić do znajomego salonu, okryć się kocem i poczekać. Kręcenie się po cudzym domu nie brzmiało jak dobry pomysł, zwłaszcza jeśli ten był opustoszały, ale…

To nie tak, że boję się ciemności, pomyślała buntowniczo, nerwowo zaciskając dłonie na framudze. Mama czasami powtarzała, że dużo straszniejsze potrafiło okazać się to, co można zauważyć w świetle poranka. Zwłaszcza że – co również wielokrotnie słyszała od Allegry – wszyscy pozostawali dziećmi nocy, czyż nie?

„Noc, nasza pani”. Dokładnie tak brzmiało rodowe motto Licavolich. Beau jeszcze nie miała pewności, czy powinna i chciała się z nim utożsamiać, ale nie zamierzała się nad tym rozwodzić.

Właśnie dlatego odważyła się ruszyć przed siebie. To i tak wydawało się lepsze od przesiadywania w pogrążonym w ciemnościach salonie i…

– Więc to ty jesteś intruzem.

Niewiele brakowało, żeby wyszła z siebie. Okręciła się na pięcie tak gwałtownie, że omal nie straciła równowagi. Gwałtownie zassała powietrze, gotowa zacząć krzyczeć, ale w porę powstrzymała się, zdolna co najwyżej spoglądać przed siebie.

W ciemnościach dostrzegła drobną postać. To nie był Drake, co do tego nie miała wątpliwości – i to nie tylko dlatego, że głos bez wątpienia należał do dziewczyny. Tym bardziej nie przypominała sobie, żeby jej towarzysz mógł pochwalić się burzą rudych włosów, rumianymi policzkami i lśniącymi, intensywnie zielonymi oczyma.

Dziewczynka musiała być w jej wieku, choć przez drobną posturę mogła uchodzić za młodszą. Stała w głębi korytarza z bladym, nieco złośliwym uśmiechem, który z miejsca skojarzył się Isabeau z Drake’em. Coś w tej świadomości ją uspokoiło. Już wiedziała, z kim miała do czynienia.

– Bliss – wyrwało jej się.

– A ty Beau. Prosił, żebym cię nie budziła – wyjaśniła, ruszając przed siebie. Bez wahania podeszła bliżej. – O rany…

– Co? – rzuciła z wahaniem Isabeau. – Tak dziwnie mi się przyglądasz…

– Po prostu nigdy nie widziałam córki kapłanki – wyjaśniła dziewczynka, wzruszając ramionami. – Myślałam, że będziesz… Sama nie wiem.

Beau spiorunowała ją wzrokiem. Co to niby miało oznaczać? Jasne, zwłaszcza w ubraniach od Drake’a nie wyglądała choćby w połowie tak ujmująco jak Allegra, ale i tak…

– Gdzie on jest? – zapytała wprost, krzyżując ramiona na piersiach.

Chyba powinna być miła. Na pewno to usłyszałaby od matki, gdyby ta była gdzieś obok. Allegra miała dość jasne zasady, kiedy w grę wchodziło przyjmowanie gości. Co więcej, tym razem to Isabeau znajdowała się w cudzym mieszkaniu, a to o czymś świadczyło – i to nawet jeśli irytowało ją to, w jaki sposób spoglądała na nią Bliss.

– Och, poszedł do miasta. Powiedział, że się zgubiłaś – wyjaśniła usłużnie pół-wampirzyca.

– Nie zgubiłam się – zaoponowała machinalnie Isabeau. – Znaczy… Bawię się z bratem w chowanego – wyjaśniła, a brwi Bliss powędrowały ku górze.

– Tak daleko od domu to chyba trochę oszustwo – zauważyła, ale wcale nie zabrzmiała jak ktoś, kto byłby tym faktem oburzony.

– Wiesz… Nie powiedział mi, że nie mogę tego zrobić.

Tym razem jej rozmówczyni się zaśmiała i zabrzmiało to sympatycznie. To jeszcze nie znaczyło, że mogły się zaprzyjaźnić, ale Isabeau przynajmniej przestała czuć się jak intruz. Rozluźniła się, z opóźnieniem uświadamiając sobie, że wciąż nerwowo napinała mięśnie, jakby spodziewając, że coś nagle wyskoczy na nią z ciemności.

– Jesteś głodna? Drake zostawił nam trochę krwi – rzuciła jak gdyby nigdy Bliss, ruszając w głąb korytarza. – Tam jest kuchnia.

Beau ruszyła za nią bez słowa. Zamrugała, kiedy ciemność nagle rozproszył srebrzysty blask czegoś, co ostatecznie okazało się zawieszoną w powietrzu, podążającą za Bliss niczym wierny towarzysz kul mocy. Isabeau kilkukrotnie widziała, jak mama w podobny sposób wykorzystywała telepatię, ale sama wciąż nie zdołała opanować zdolności na tyle, by energia wytrzymywała dłużej niż kilka sekund.

– O… – wyrwało jej się.

– To telepatia. – Bliss obejrzała się przez ramię. – Ale to chyba wiesz. Jesteś córką kapłanki, prawda?

– Oczywiście.

Nie, zdecydowanie nie chciała się przyznawać, że akurat nad tym wciąż musiała popracować. Kto wie, może przy Drake’u byłoby to prostsze. Mama nie zawsze miała czas ją uczyć, z kolei przy bliźniaku Isabeau zbyt często brakowało cierpliwości. Przy tej dwójce za to mogłoby się to okazać… swego rodzaju wyzwaniem.

Podobała jej się ta myśl. To, że mogliby się spotykać, tym bardziej.

– Też zostaniesz kapłanką?

Zawahała się, zaskoczona swobodą, z jaką Bliss zdecydowała się ją wypytywać. Miała wrażenie, że zielone oczy dziewczyny zabłysły, zdradzając podekscytowanie, choć sama zainteresowana próbowała pozostać obojętna. Isabeau mogła to wyczuć. Czasami sama zachowywała się podobnie.

– Tak sądzę… Chciałabym. – Nawet się nie zawahała. – Mama jest wyjątkowa – dodała i wtedy coś w spojrzeniu Bliss przygasło.

– Mhm.

Lśniące loki pół-wampirzycy zafalowały, kiedy ta w pośpiechu zwróciła się do niej plecami. Przyśpieszyła, ledwo tylko weszły do kuchni, jak gdyby nigdy nic decydując się na milczenie. Wydawała się tylko czekać na okazję, żeby zmienić temat, z wprawą przygotowując dwa wypełnione krwią naczynia. Isabeau obserwowała ją w milczeniu, tak jak i przy Drake’u zaczynając czuć się dziwnie, jakby była o wiele młodsza niż w rzeczywistości. A może to ta dwójka została zmuszona do szybszego dorastania, nagle musząc radzić sobie w pojedynkę.

Nie miała pojęcia, co zrobiłaby, gdyby nagle została sama. Miała Allegrę i Aldero. Bezpieczny dom, do którego wracała i gdzie zawsze czekał na nią ktoś, kto mógłby jej pomóc. Wiedziała co prawda, że czekający na zewnątrz świat był niebezpieczny, pełen śmierci, krwi i ciemności, której jeszcze nie zdążyła poznać, ale to nie zmieniało najważniejszego: że miała rodzinę. Matka nigdy nie ukrywała przed nią, że ta kwestia pozostawała… skomplikowana, ale ta wartość i tak pozostawała dla Beau istotna. Wiedziała, że powinna o nią dbać.

Po Bliss i Drake’u widziała, że miało to więcej sensu niż mogłaby przypuszczać. Wciąż nie była pewna, co tak naprawdę to oznaczało, ale obserwując ich czuła, że miała szczęście. Bardzo dużo szczęścia.

– Proszę – usłyszała i to wystarczyło, żeby wyrwać ją z zamyślenia. Bliss stała tuż przed nią, zachęcająco wyciągając rękę z jednym z pełnych kubków. – Nie patrz tak dziwnie. Przecież cię nie otruję – rzuciła z rozbrajającą szczerością.

– Dlaczego miałabyś? – obruszyła się, ale nagle zwątpiła w to, czy powinna próbować krwi. Ta myśl była dziwna, ale…

– Drake tak czasem żartuje. – Bliss wyszczerzyła się w uśmiechu. – Rodzice polowali na wilkołaki. Mówił ci? Pod domem dalej mamy cele.

Zimny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa. Ręka, w której ściskała kubek z krwią zadrżała niekontrolowanie; kilka kropli splamiło palce Isabeau, ale prawie nie zwróciła na to uwagi.

– Wilkołaki? Ale…

– Isabeau?!

Tym razem niewiele brakowało, żeby upuściła naczynie. Znajomy głos dobiegł ją jakby z oddali, ale momentalnie go rozpoznała. Natychmiast odstawiła krew na bok i wypadła na korytarz, tym razem nie wahając się przed ruszeniem w ciemność. Dotarcie do celu okazało się proste, zwłaszcza że wszędzie byłaby w stanie wyczuć Allegrę.

– Mamo! – rzuciła z ulgą.

Wystarczyła zaledwie chwila, żeby kobieta znalazła się przy niej. Znajome ramiona owinęły się wokół Beau, kiedy Allegra w pośpiechu do niej dopadła, osuwając się na kolana, by łatwiej przygarnąć do siebie córkę. Złociste loki musnęły policzki Isabeau.

– O bogini… Och, na litość bogini… – wyrzuciła z siebie na wydechu Allegra, mocniej przyciągając dziewczynę do siebie. Dłońmi pośpiesznie przeczesała włosy córki palcami. – Nie rób mi tego więcej. Rozumiesz? Nigdy więcej – powtórzyła, nagle odsuwając się, by móc chwycić Isabeau za ramiona.

Wyglądała blado, wyraźnie poruszona. Beau nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem widziała ją tak przejętą, o ile w ogóle. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, przez chwilę sama niepewna, co powinna powiedzieć. Zwykle nie wyobrażała sobie Allegry jako kogoś, kto mógłby się bać, a jednak w  tamtej chwili…

– Przepraszam – wykrztusiła, czując nieprzyjemny ucisk w gardle. Przełknęła z trudem, próbując pozbyć się dziwnego wrażenia. – Ale jesteś tutaj. Ja… – zaczęła i urwała, bo tuż za plecami matki wychwyciła ruch.

Wszystko stało się jasne w chwili, w której zauważyła Drake’a. Wciąż stał przy drzwiach, oparty o ścianę i z bladym uśmiechem. Jedno spojrzenie na chłopaka wystarczyło, żeby zorientowała się, że przyprowadził Allegrę. Specjalnie dla niej popędził aż do Miasta Nocy, na dodatek w taką pogodę. Ta myśl była dziwna, ale…

Przyjaciele, prawda?, usłyszała w głowie jego mentalny głos. Mówiłem, że wyglądasz jak ktoś, kto potrzebował przyjaciela…

Więc od teraz mogę być twoją przyjaciółką.

Uniósł brwi, ale nie zaprotestował. Nie żeby Isabeau w ogóle zamierzała przyjąć do wiadomości jakąkolwiek wymówkę.

– Drake mnie znalazł – oznajmiła na głos, spoglądając wprost w błękitne oczy Allegry. – Byłam bezpieczna – dodała i odetchnęła, kiedy na ustach matki pojawił się cień uśmiechu.

– Tak… Tak, byłaś bezpieczna.

Znów znalazła się w zdecydowanym uścisku Allegry. W następnej sekundzie ta z lekkością wzięła ją na ręce, wciąż tuląc do siebie. Isabeau pozwoliła jej na to, przez chwilę niepewna, która z nich bardziej potrzebowała tego uścisku – wciąż podenerwowana mama czy może ona sama, w słowach kobiety doszukując się potwierdzenia, którego podświadomie pragnęła.

Drake nie był jednym z tych cieni, których należało się obawiać. Wręcz przeciwnie, chociaż wciąż nie miała pewności, co tak naprawdę oznaczało jego pojawienie się. Wiedziała za to, że w chwili, w której pozwoliła sobie na to, żeby chwycić go za rękę, wydarzyło się coś istotnego.

– Dziękuję – doszedł ją spokojny głos Allegry. – Gdybym mogła coś dla was zrobić… – zaczęła, ale chłopak jedynie potrząsnął głową.

– Damy sobie radę – stwierdził bez chwili wahania. – Ale… Hm, gdybym mógł czasem wpaść, to byłoby miłe. Co o tym sądzisz, księżniczko? – rzucił, a jego spojrzenie jak na zawołanie powędrowało ku zarumienionej twarzy Isabeau.

Wtuliła twarz w ramię Allegry, dziwnie speszona spojrzenie, którym ją obdarował.

– Zastanowię się. Ale chyba chcę… – wymamrotała, nie podnosząc wzroku. – Troszeczkę… Tylko troszeczkę.

Zwlekałam z dokończeniem tej serii zdecydowanie zbyt długo, ale… w końcu jest. :D