Pokazywanie postów oznaczonych etykietą „Niosąca Radość”. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą „Niosąca Radość”. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 sierpnia 2018

Rozdział IV

Własny krzyk ją ogłuszył. Pamiętała, że zakryła uszy dłońmi, jakby chcąc bronić się nie tylko przed koniecznością szlochu, który wyrwał się z jej piersi, ale przede wszystkim prawdą, której tak bardzo nie chciała przyjąć. Miała wrażenie, że gdzieś w tym wszystkim usłyszała swoje imię, ale to równie dobrze mogło być wyłącznie wytworem jej wyobraźni. Wszystko wydawało się prawdopodobne, będąc jednocześnie trudną do zrozumienia, skomplikowaną mieszanką emocji, dźwięków i bliżej nieokreślonych kształtów.
Wszelakie bodźce dochodziły do niej jakby z oddali, co prawda bardzo żywe, ale mimo wszystko przytłumione. Słyszała, ale nie słyszała; patrzyła, a jednak nie potrafiła skupić się na niczym, co działo się wokół niej. Z tego powodu nie od razu zarejestrowała moment, w którym Marcus pojawił się w zasięgu jej wzroku, ociekając wodą i niosąc w ramionach drobną, bezwładną postać.
– Cassie… – wyrwało jej się. Przynajmniej chciała wypowiedzieć imię siostry, choć to było ledwo słyszalne przez szloch. – Cassie!
Spróbowała poderwać się na nogi, ale te prawie natychmiast odmówiły jej posłuszeństwa. Znów wylądowała na ziemi, wspierając się na rękach i rozgrzebując palcami ziemię. Chciała coś zrobić, ale wymykające się spod kontroli ciało skutecznie jej to uniemożliwiało. Potykała się raz po raz, zbyt roztrzęsiona i nieporadna, by choćby skupić się na słowach wołającego coś do niej Marcusa, a co dopiero podjąć jakiekolwiek działanie.
Miała ochotę dopaść do mężczyzny i porządnie nim potrząsnąć. „Ratuj ją!” – cisnęło jej się na usta, a jednak nie była w stanie wykrztusić z siebie nawet słowa. Mogła co najwyżej stać nad nim i zawodzić, chociaż to w niczym nie ułatwiało. Była bezużyteczna, ale chociaż zdawała sobie z tego sprawę, nie potrafiła zapanować nad sobą na tyle, by cokolwiek zmienić.
– Beatrycze… Trycze, na litość Boską! – Aż wzdrygnęła się, kiedy do Marcus znalazł się przed nią, bezceremonialnie chwytając ją za ramiona. Spojrzała na niego rozszerzonymi do granic możliwości oczyma, wciąż nie będąc w stanie skupić na jego twarzy. – Musisz mi pomóc.
– Ja… Cassie…
Mężczyzna mocniej zacisnął dłonie na jej barkach. Gdzieś ponad jego ramieniem widziała blade, całkowicie bezwładne ułożonej na trawie siostry. Obraz rozmazywał się przed oczami Beatrycze, ale zdążyła zauważyć, że ta wyglądała trochę jak porzucona, pozbawiona życia laleczka z porcelany. Tak bardzo blada, nieruchoma i całkowicie…
– Beatrycze!
W chwili, w której Marcus podniósł głos, poczuła się trochę tak, jakby ją uderzył. Wzdrygnęła się i spojrzała mu w twarz, mimowolnie zastanawiając nad tym, kiedy właściwie znalazł się tak blisko. Co więcej wcale nie chciała, żeby ją trzymał. To nie na niej powinien się skupiać, zwłaszcza że nic nie było w porządku. Zrób coś! Błagam, zrób coś!, tłukło jej się w głowie, ale również te słowa po prostu przemykały przez jej umysł, nie będąc niczym więcej, aniżeli pozbawionymi znaczenia, niewypowiedzianymi słowami.
W tamtym momencie nie obchodziło ją, co tak naprawdę był w stanie zdziałać Marcus. Nie był lekarzem, oczywiście, ale – co nie dawało jej spokoju – pomagał w aptece! Musiał coś potrafić, cokolwiek, zwłaszcza że Cassandra…
To była tylko chwila. Zaledwie moment, a jednak jej siostra…
Nie potrafiła dokończyć tej myśli.
– Musisz sprowadzić pomoc – oznajmił Marcus, ledwo tylko skoncentrowała na nim wzrok. Miała wrażenie, że jego słowa przemykały przez jej umysł, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Powinny coś znaczyć, zwłaszcza że przecież je rozumiała, ale wrażenie było takie, jakby tak naprawdę były co najwyżej wytworem jej wyobraźni. – Słyszysz? Musisz biec do miasta i poszukać pomocy – powtórzył raz jeszcze Marcus, tym razem dla pewności ujmując jej twarz w obie dłonie i przymuszając do tego, by spojrzała mu w oczy. – Rozumiesz, co powiedziałem? Odpowiedz mi – zażądał i to ta pobrzmiewająca w jego głosie, nieco władcza nuta, sprawiła, że Beatrycze jednak zdołała się odezwać.
– T-tak. – Wzięła kilka głębszych wdechów, by łatwiej nad sobą zapanować. – Iść do miasta. Poszukać pomocy.
Właściwie sama nie była pewna, dlaczego zdecydowała się powtórzyć polecenia na głos. W jakiś pokrętny sposób to pomagało, tak jak i wykorzystywanie krótkich, stanowczych zdań. Proste słowa. Oczywiste polecenia.
Przez moment wszystko wydawało się takie proste…
Nie miała pewności, jakim cudem zdołała poderwać się na równe nogi. Tym razem nie upadła, chociaż czuła się tak, jakby w każdej chwili mogło do tego dojść. Pędziła przed siebie, a jednak wciąż czuła, że coś ciągnie ją ku dołowi – zupełnie jakby to ona tonęła, z coraz większym trudem panując nad własnym ciałem. Biegła, a przynajmniej próbowała, mając przy tym wrażenie, że porusza się zdecydowanie zbyt wolno. Plusem było to, że w ogóle posuwała się naprzód, ale mimo wszystko okolica, którą dopiero co tak beztrosko spacerowała, nagle zaczęła jawić się jako ciągnące w nieskończoność pole całkowicie zbędnych kształtów i kolorów.
Pędziła przed siebie, czując jak z każdą kolejną sekundą zaczyna brakować jej tchu. Napięte do granic możliwości mięśnie pulsowały bólem, a płuca paliły, uniemożliwiając Beatrycze zaczerpnięcie powietrza. Mimo wszystko nie zatrzymała się, obojętna również na to, że wszystko wokół zamieniło się w cały kalejdoskop kształtów i kolorów. Musiała biec – dla Cassie i siebie samej – niezależnie od tego, jak trudne by to nie było.
Za wolno. Wciąż za wolno…
Spróbowała przyśpieszyć, ale nie miała na to siły. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, niemalże się nim krztusząc, choć sądziła, że wyrównany oddech pomoże. A jednak wciąż czuła się tak, jakby brakowało jej nie tylko energii, ale przede wszystkim powietrza. W tamtej chwili zwątpiła, czy gdyby kogoś spotkała, dałaby radę ruszyć się choćby o krok, a co dopiero wytłumaczyć gdzie i co się stało.
Ale przecież nie mogła się zatrzymać. Musiała dotrzeć do miasta, by…
– Hej!
Czyjeś palce bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zacisnęły się wokół jej nadgarstka. Szarpnięcie tak gwałtownie wyrwało ją z rytmu, zmuszając do zatrzymania się, że omal się nie wywróciła. Zanim zdążyła się zastanowić, jak długa poleciała przed siebie, nie upadając tylko dlatego, że ktoś ją pochwycił. W oszołomieniu spoglądała na intruza, gotowa zacząć krzyczeć i wyrywać się, ale w zamian bezgłośnie jęknęła, próbując powstrzymać się od płaczu.
Chociaż obraz wciąż się zamazywał, zdążyła zauważyć parę wpatrzonych w nią, niebieskich oczu.
– Ty… – wyrwało jej się.
Być może nie powinna czuć się zaskoczona tym, że wciąż kręcił się po okolicy. Tak naprawdę od chwili, w której zobaczyła go po raz pierwszy, minęło zaledwie kilkanaście minut, choć Beatrycze wydawało się o wiecznością. Przez dłuższą chwilę bezmyślnie wpatrywała się w twarz wpatrzonego w nią mężczyzny, niezdolna się skupić, a co dopiero zwrócić uwagę na to, że cokolwiek do niej mówił.
– Co się stało? Jesteś przerażona – oznajmił, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa. – Nie słyszałaś, że cię wołałem?
Może dodał coś jeszcze, ale nie słuchała. Zanim zastanowiła się nad tym, co robi, bezceremonialnie przesunęła się bliżej, zaciskając palce na przodzie jego koszuli – i to we wcale nie tak delikatny sposób. Samą siebie zaskoczyła tym, ile siły wciąż była w stanie z siebie wykrzesać, chociaż jednocześnie trzęsła się cała tak mocno, jakby miała febrę.
– Moja… Moja siostra – oznajmiła, nie odrywając od niego wzroku. Patrzyła na niego tak błagalnie, że aż się speszył, przez moment wyglądając na chętnego, żeby się wycofać. – Proszę…
– Coś stało się twojej siostrze? – drążył, coraz bardziej zniecierpliwiony. – Po kolei. Jak masz na imię?
Dlaczego musiał o to pytać akurat w tamtej chwili?!
– Cassie jest nad rzeką! – oznajmiła, tym razem podnosząc głos. Krzyk nie pomagał, ale nie mogła się powstrzymać. – Marcus kazał mi sprowadzić pomoc. Proszę…
Co tak naprawdę chciała osiągnąć? Nie miała pojęcia, ale to w gruncie rzeczy nie było ważne. Chociaż czuła, że wymaganie czegokolwiek od pierwszej napotkanej osoby – na dodatek takiej, której imienia nawet nie znała, zresztą ze wzajemnością – było czystym szaleństwem, ale nie dbała o to. Chciała, żeby jej pomógł. Nieważne jak, skoro w przypadku odmowy okazałoby się, że traciła czas. Jakim prawem ją zatrzymywał, jeśli teraz nie zamierzał kiwnąć nawet palcem?!
Z tym, że nic nie wskazywało na to, by mężczyzna zamierzał tak po prostu ją odepchnąć i odejść. Przez chwile przyglądał jej się, spięty i wyraźnie zaniepokojony, reagując dopiero w chwili, w której zapanowała nad sobą na tyle, by spojrzeć mu w oczy. Coś w spojrzeniu tych lśniących, błękitnych tęczówek sprawiło, że zamarła, nagle czując się po prostu bezpieczna.
– Jak masz na imię?
Tym razem już nie próbowała rzucać się o to, że przejmował się czymś tak nieistotnym. Westchnęła cicho, po czym odpowiedziała. Przynajmniej próbowała, bo udało jej się odezwać dopiero przy drugiej próbie.
– Beatrycze.
– Beatrycze – powtórzył, starannie wypowiadając jej imię. Zamarła w bezruchu, w napięciu oczekując tego, co zamierzał dodać. – Wracaj do miasta, co?
Nie tego się spodziewała. Tym bardziej nie brała pod uwagę, że wraz z tymi słowami, nieznajomy po prostu się odsunie, zamierzając odejść. Zachwiała się, spoglądając w ślad za nim i próbując zrozumieć, dlaczego wraz z Marcusem musieli wydawać jej te same polecenia.
A potem, zanim w ogóle zdążyła zdecydować, co powinna zrobić, nogi w końcu odmówiły Beatrycze posłuszeństwa, a potem była już tylko ciemność.

Nie miała pewności, co działo się później. Obudziło ją kołysanie, choć nie od razu pojęła, co mogłoby oznaczać. W głowie miała pustkę, a kiedy zatrzepotała powiekami i uniosła głowę, nad sobą dostrzegła pozbawioną jakiegokolwiek konkretnego wyrazu twarz Marcusa. Zawahała się, mimochodem myśląc, że coś w przeciągającym się milczeniu i jego postawie najzwyczajniej w świecie ją przerażało. Nie potrafiła tego jednoznacznie sprecyzować, ale mimo wszystko…
– Marcus? – szepnęła tak cicho, że mógłby jej nie usłyszeć, ale na szczęście prawie natychmiast na nią spojrzał.
– Prawie jesteśmy w domu – oznajmił ze spokojem, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. – Nie przejmuj się.
Coś w jego słowach wydało się Beatrycze co najmniej niedorzeczne. Wciąż czuła się otępiała, ale powoli zaczynała dochodzić do siebie, z wolna przypominając sobie, co miało miejsce. Mogła tylko zgadywać, która godzina i ile czasu minęło, odkąd biegła w stronę miasta, ale…
Cassie. Cassie!
Nagle wyprostowała się niczym struna, przez co trzymający ją mężczyzna zwolnił, wyraźnie mając problem z tym, żeby ją utrzymać. Przez jego twarz przemknął cień, tym samym sprawiając, że jego zachowanie wydało się Beatrycze jeszcze bardziej niepokojące. To wszystko takie było, przez co czuła się tak, jakby nagle wybudziła się z jakiegoś koszmaru.
Z tym, że to nie było tak. Bardziej prawdopodobne wydawało się, że nadal w nim trwała, a jednak…
– Cassie – wykrztusiła z trudem, ale na tyle stanowczo, by Marcus pojął, że nie zamierzała odpuścić. – Co z moją siostrą?
– Będzie w porządku – odpowiedział natychmiast. Zbyt szybko i gwałtownie, zupełnie jakby sam miał problem z uwierzeniem we własne słowa. Z jakiegoś powodu zabrzmiały raczej jak pobożne życzenie, którego spełnienia sam życzył. – Jest bezpieczna. Na razie chcę odstawić do domu ciebie.
Czuła, że coś w tym wszystkim nie ma sensu. Jego wyjaśnienia wydawały się mocno naciągane, poza tym – co nagle sobie uświadomiła – w żaden sposób nie tłumaczyły tego, co chciała wiedzieć. Wydawały się zbyt wymijające i lakoniczne, by potrafiła się dzięki nim uspokoić. W zasadzie w jednej chwili poczuła się jeszcze bardziej zagubiona, a jednak nie potrafiła przymusić się do zadawania dalszych pytań.
– Puść mnie – zażądała i to była najbardziej świadoma myśl, którą udało jej się z siebie wykrztusić. Marcus zawahał się, ale nie dała mu czasu na wątpliwości. – Nic mi nie jest. Po prostu mnie postaw.
To wcale nie było takie oczywiste, ale nie wyobrażała sobie, że miałaby pozwolić się dalej nieść. Prawie natychmiast tego pożałowała, bo niewiele brakowało, żeby już na wstępie wylądowała na ziemi, ale w porę udało jej się uchwycić równowagę. Marcus westchnął, po czym jak gdyby nigdy nic objął ją w pasie, nie czekając na przyzwolenie. Chociaż miała ochotę zaprotestować, nie zrobiła tego, w zamian mocniej uczepiając się jego ramienia.
Coś się stało. Coś złego, tłukło jej się w głowie, ale z uporem odrzucała od siebie tę myśl. W dzieciństwie to byłoby dużo prostsze – udawać, że coś, co się zanegowało, nie mogło mieć racji bytu. Może jeszcze kilka lat temu taka taktyka miałaby rację bytu, ale w tamtej chwili Beatrycze czuła się zbyt świadoma, by tak po prostu być w stanie oszukiwać samą siebie.
Szok z wolna zaczął ustępować, pozostawiając po sobie wyłącznie coraz silniejszy niepokój. Już nie płakała, a tym bardziej nie próbowała miotać się na wszystkie strony, będąc od rzeczy i walcząc o każdy oddech. W zamian poczuła się przede wszystkim zmęczona, ale próbowała ignorować to uczucie, w zamian z uporem idąc przed siebie, by nie spowalniać Marcusa. Wciąż mocno przytrzymywała się jego ramienia, nie dbając o to, że ktoś mógłby ich zobaczyć i wyciągnąć jakiekolwiek nieprawdziwe wnioski. Zresztą wątpiła, by wyglądała jak ktoś, kto wracał z potajemnej schadzki z mężczyzną; była na to zbyt blada i przerażona, w efekcie wyglądając bardziej jak siódme nieszczęście, nie zaś czyjakolwiek kochanka.
Odrzuciła od siebie te myśli, uznając je za co najmniej niedorzeczne. Kogo zresztą obchodziło to, w jaki sposób wyglądała? Mimo wszystko spróbowała otrzeć twarz, bezskutecznie próbując doprowadzić się do porządku i przy okazji zająć czymś ręce. W milczeniu powiodła wzrokiem dookoła, jakby chcąc wypatrzeć jakiekolwiek oznaki czyjejś bytności. Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że Marcus prowadził ją znajomą, opustoszałą drogą, którą nie tak dawno temu szła z Cassandrą do miasta, namawiając siostrę na spotkanie z nim.
Teraz to wszystko wydawało się tak bardzo odległe i jakby nierzeczywiste. Równie nieprawdziwe wydało się Beatrycze wspomnienie mężczyzny, którego poznała. Pamiętała jak na niego krzyczała, wręcz błagalnie odpowiadając na pytania, które jej zadawał, a później…
– Marcus? – szepnęła z wahaniem.
Udało jej się ściągnąć na siebie jego uwagę. Drgnął, po czym w pośpiechu spojrzał na nią, wyraźnie zaniepokojony. Wyczuła, że się spiął, wyraźnie obawiając kolejnych pytań o Cassandrę, ale postanowiła mu tego zaoszczędzić.
W końcu powiedział, że jest bezpieczna, prawda…?
– Spotkałam… kogoś – przyznała cicho, starannie dobierając słowa. – Naprawdę starałam się sprowadzić pomoc. Ja…
– Och, sprowadziłaś – przerwał pośpiesznie, widząc, że coraz bardziej zaczynała plątać się we własnych słowach. – Dlatego w ogóle tutaj jestem. Lawrence się wszystkim zajął.
– Lawrence…
– Nie myśl o tym teraz – uciął stanowczo. – Na razie powinienem odstawić cię do domu i powiadomić twoją matkę. Tylko to się liczy.
Powstrzymała się od protestów. W zamian spróbowała skupić się na słowach Marcusa, tak jak wcześniej starała się wykonywać krótkie, konkretne polecenia. W jakiś trudny do opisania sposób to pomagało – konkretne cele, które należało spełnić w pierwszej kolejności. Dzięki temu mogła nie myśleć i działać, o ile coś tak oczywistego jak powrót do domu, było w jakikolwiek sposób użyteczne.
Jej myśli wirowały, raz po raz mieszając się ze sobą. Lawrence… Miał na imię Lawrence? Nie poczuła się lepiej, znając imię swojego rozmówcy, ale przynajmniej wiedziała, komu dziękować. Cokolwiek miałoby oznaczać to, że zajął się wszystkim, skoro tak naprawdę nie zdążyła powiedzieć mu nic praktycznego.
Coś ścisnęło ją w gardle, gdy uprzytomniła sobie, jak bezsensownie zachowywała się podczas tamtej rozmowy. Marcus powierzył jej zadanie – i to na dodatek aż tak ważne – a jednak nie potrafiła się z niego wywiązać. Wpadła w histerie, odpowiadając na pytania Lawrence'a tak nieporadnie, że prawdziwym cudem wydawało się to, że cokolwiek zdołał dzięki takim wyjaśnieniom zdziałać. Jeśli miała być ze sobą szczera, nie pomagała, ale stanowiła ni mniej, ni więcej, ale po prostu ciężar, z którym obaj mężczyźni w jakiś sposób musieli sobie poradzić.
To moja wina, uświadomiła sobie i w tamtej chwili na domiar złego zrobiło jej się dobrze. Jeśli Cassie coś się stanie…
Widok domu wcale nie podziałał na nią kojąco. Zadrżała, nagle jeszcze bardziej roztrzęsiona i niepewna tego, co działo się wokół niej. Spróbowała oswobodzić się z uścisku Marcusa, ale ten jej nie puścił, w zamian bardziej stanowczo chwytając za ramię. Pewnym krokiem ruszył ku drzwiom, chociaż najpewniej zdawał sobie sprawę z tego, że nie czeka go miłe powitanie. Znał Ariadnę, a już na pewno wiedział jak zaborcza potrafiła być, kiedy chodziło o córki.
I słusznie. Mój Boże, słusznie…
Beatrycze przez moment zapragnęła zamknąć oczy i całkiem odciąć się od wszystkiego, co działo się wokół niej. Wiedziała, że to ona powinna przejąć kontrolę nad sytuacją i w końcu odciążyć Marcusa, ale nie potrafiła się do tego zmusić. Strach ścisnął ją za gardło, skutecznie pozbawiając tchu i czyniąc wszystko jeszcze bardziej skomplikowanym.
Czy mama i Leana wróciły już z targu? Podejrzewała, że tak. Nie miała pewności, ile czasu tak naprawdę minęło, odkąd wyciągnęła Cassie z domu, ale podejrzewała, że dość, by obie zdążyły zorientować się, że coś mogłoby być nie tak. Myśl o tym, że teraz miałaby tak po prostu stanąć przed którąkolwiek z nich prosto w oczy opowiedzieć o wszystkim, co się wydarzyło…
To moja wina.
Nie zauważyła, by Marcus zdążył zapukać, a jednak drzwi nagle się otworzyły. Ariadna pojawiła się tuż przed nią, blada i zapłakana, ale o wiele spokojniejsza, niż Beatrycze mogłaby być. Ona wie, uwiadomiła sobie, nim jednak zdążyła zastanowić się  nad tym, jak to możliwe, matka bezceremonialnie wzięła ją w ramiona, zamykając w zdecydowanym uścisku.
Trycze zesztywniała, skutecznie wytrącona z równowagi. Przez dłuższą chwilę trwała w bezruchu, po prostu pozwalając, by Ariadna tuliła ją do siebie, raz po raz przeczesując palcami jej włosy. Przez moment poczuła się bezpieczna, a przy tym gotowa przysiąc, że minęła cała wieczność, odkąd matka po raz ostatni trzymała ją w ten sposób. Chyba coś mówiła, ale to nie brzmiało jak wyrzuty, a tym bardziej krzyki. Wręcz przeciwnie – wydało się kojące, chociaż Beatrycze nie sądziła, że akurat Ariadna będzie w stanie zacząć zachowywać się w ten sposób.
– Już słyszałam – szepnęła kobieta. Zwracała się do Marcusa, jednocześnie wciąż mocno tuląc do siebie córkę. – Miałam wychodzić, ale wtedy was zauważyłam. Dziękuję ci.
Beatrycze nie była w stanie skupić się na odpowiedzi Marcusa. Nagle wszystko działo się bardzo szybko, choć w objęciach Ariadny miała dość ograniczone pole widzenia. Usłyszała za to, że Ariadna zawołała Leanę, ta zaś prawie natychmiast pojawiła się na ganku, równie blada i wystraszona.
Uścisk matki zelżał, a chwilę później stanowczo odsunęła o siebie Beatrycze, w zamian popychając ją w stronę drugiej córek.
– Zabierz siostrę do pokoju, żeby odpoczęła – oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu tonem. Mówiła szybko, starannie dobierając słowa. Głos nawet jej nie zadrżał, chociaż w tonie dało się wyczuć wyraźne napięcie. – Nie ruszajcie mi się z domu. Ja niedługo wrócę – dodała, a Beatrycze jęknęła cicho.
– Mamo…
Ariadna rzuciła jej spojrzenie wystarczająco stanowcze, by Trycze momentalnie zamilkła. Bez słowa wtuliła się w Leanę, kiedy ta nagle znalazła się tuż obok niej.
– Poczekajcie tu na mnie – powtórzyła raz jeszcze kobieta, tym samym uciekając wszelakie dyskusje. – Wtedy porozmawiamy.
Wraz z tymi słowami, nie czekając na jakiekolwiek oznaki protestu, po prostu wyszła, bezceremonialnie zamykając za sobą drzwi. Przez okno Beatrycze zdążyła zauważyć, że ruszyła przed siebie, trzymając się blisko Marcusa, chociaż wystarczyła chwila, by zostawiła mężczyznę w tyle.
Wkrótce po tym oboje zniknęli z zasięgi wzroku, a Beatrycze i Leana zostały same.

sobota, 14 lipca 2018

Rozdział III

Myśląc o tym z perspektywy czasu, wciąż nie potrafiła stwierdzić, czy cokolwiek zapowiadało tragedię.
Pogoda była piękna, choć z czasem niebo zasnuło się ciemnymi, zwiastującymi rychłe opady deszczu chmurami. Beatrycze nie uznała tego za nic niewłaściwego, zwłaszcza że aż za dobrze wiedziała czym charakteryzował się Londyn. Padało tutaj tak często, że już nikogo to nie dziwiło.
Słyszała śmiechy Marcusa i Cassie, co również jej poprawiło humor. Zwlekała z dołączeniem do ganiającej się nad brzegiem rzeki dwójki, nie chcąc ingerować w to, co robili. Zwłaszcza w ostatnim czasie widok radosnej, wręcz beztroskiej siostry był tak rzadki, że Trycze nie wyobrażała sobie, że miałaby im przeszkodzić. Co prawda czuła, że powinny wracać, jeśli chciały zdążyć przed pojawieniem się Leany i Ariadny, ale kwadrans zdecydowanie nie miał ich zbawić. Albo dwa. W najgorszym wypadku mogła wziąć znalezienie wymówki na siebie.
To nie tak, że chciała kłamać. Sęk w tym, że doskonale wiedziała, jak zareagowałaby matka, gdyby wiedziała, co porabiała jej najstarsza córka. Skoro już obiecała Cassandrze, że postara się uniknąć kolejnych kłótni, zamierzała przynajmniej spróbować dotrzymać słowa.
Bez pośpiechu wycofała się, coraz bardziej czując jak intruz. Coś w spojrzeniu, jakim Marcus raz po raz obdarowywał jej siostrę, wzbudzało w Beatrycze zazdrość. Nie chodziło o tego mężczyznę, bo choć zdecydowanie należał do urodziwych, nie widziała w nim potencjalnego kandydata na męża. Zresztą nigdy nie zrobiłaby czegoś takiego własnej siostrze, tym bardziej że wiedziała, że Marcus był w nią zapatrzony jak w obrazek. Chodziło o sam fakt posiadania kogoś, z kim przy o drobinie szczęścia można było zacząć planować życie. Co prawda rozsądek podpowiadał Beatrycze, że Cassie potrzebowała więcej czasu, by oswoić się z tą myślą i w ogóle zacząć brać taką możliwość pod uwagę, ale starała się nad tym nie zastanawiać. Dobry Boże, ta dziewczyna była dorosła. I pozwalała sobie na więcej, kiedy tuż obok nie było matki i jej dziwnych zapędów, by chronić córki przed czymś, co przecież wydawało się naturalne.
Beatrycze uśmiechnęła się mimowolnie, kiedy zauważyła, że Marcus w końcu dopadł Cassandrę. Dziewczyna była szybka, ale nie na tyle, by umknąć silnym ramionom, które ostatecznie owinęły się wokół niej. Z drugiej strony, może tak naprawdę nie chciała dłużej uciekać. Tak czy siak, ostatecznie wylądowała w objęciach Marcusa, rumieniąc się jak piwonia i z niejakim zainteresowaniem obserwując twarz przypatrującego jej się z uwagą mężczyzny. W którymś momencie oboje przesunęli się na tyle blisko siebie, że ich twarze dzieliło naprawdę niewiele, a to znaczyło, że…
Mniej więcej wtedy Beatrycze postanowiła zawrócić, jak gdyby nigdy nic wracając do spacerowania po okolicy. Nigdy nie zamierzała bawić się w przyzwoitkę, choć podobno wypadało, by spotykająca się para jakąś miała. Jej zdaniem to było głupie. Dlaczego miałaby wisieć nad tą dwójką i kontrolować wszystko, co robili? Do tej pory nie miała okazji się całować, zresztą jak i Cassandra, ale wierzyła, że siostra sobie poradzi. Zresztą przerywanie Marcusowi akurat teraz wydawało się zbrodnią, a już na pewno stało w sprzeczności z tym, czego tak naprawdę chciała dla siostry.
Mama by nas zabiła. Albo raczej mnie, bo to przecież mój pomysł.
Mimo wszystko coś w tej myśli bardziej ją rozbawiło, aniżeli faktycznie zaniepokojonego. Zawahała się, nie pierwszy raz zastanawiając nad tym, czy przypadkiem zbyt surowo nie oceniała Ariadny. Nie była matką, więc mogła tylko zgadywać, co oznaczała troska o dzieci, zwłaszcza gdy opiekowało się nimi w pojedynkę. Możliwe, że dało się w tym zapędzić. Na pewno Ariadna chciała dobrze, ale trzymanie pod kloszem zdecydowanie takie nie było. Zdrowy rozsądek podpowiadał Beatrycze, że takie zachowanie na dłuższą metę nie było zdrowe dla żadnej z nich.
Krótko obejrzała się przez ramię. Ile czasu powinna zwlekać, by jej pojawienie się nie okazało się dla Cassandry i Marcusa zbyt niezręczne? I tak potrzebowała chwili, żeby ochłonąć i w żaden sposób nie okazać, że zaobserwowała za dużo. Nie chodziło o to, że uważała niewinnego całusa za coś złego, ale za dobrze znała Cassie. Podejrzewała, jak zareagowałaby siostra, jak nic znów zaczynając się mieszać i rumienić. Takie zachowanie było urocze, przynajmniej zdanie Beatrycze, ale wzbudzanie w dziewczynie zażenowania w sytuacji, gdy tuż obok znajdował się jej adorator, zdecydowanie nie było dobrym pomysłem.
Nagle zadrżała, ogarnięta dziwnym, niezrozumiałym chłodem. Wzdrygnęła się, po czym niespokojnie powiodła wzrokiem dookoła, próbując zrozumieć, skąd brało się wrażenie, że nie była sama. Początkowo chciała zrzucić niepokojące uczucie na wiszący w powietrzu deszcz i bliskość rzeki, ale dobrze wiedziała, że chodziło o coś więcej. Czuła się nieswojo i nie miała pojęcia dlaczego, ale nie podobało jej się to.
Powinna wrócić do Cassandry. Tak sądziła, a jednak…
Wszelakie myśli uleciały z jej głowy w chwili, w której uprzytomniła sobie, że jednak ktoś ją obserwował. Chłód zniknął, pozostawiając jedynie dezorientację, choć i na tę Beatrycze nie zwróciła większej uwagi. W zamian na dłuższą chwilę zamarła, wpatrując się w obserwującego ją z niewielkiej odległości, częściowo skrytego za drzewami mężczyznę.
Była pewna, że nie widziała go nigdy wcześniej. Sądziła, że by go zapamiętała, zwłaszcza że zawsze miała dobrą pamięć do nowych twarzy. Wystarczyła chwila, by doszła do wniosku, że musieli być w podobnym wieku. Co najwyżej nieznajomy mógł okazać się starszy, ale tylko nieznacznie, bo zdecydowanie nie wyglądał na kogoś, kto zbliżałby się do trzydziestki.
Pierwszym, co przykuło jej uwagę, były oczy. Zawahała się, kiedy ich spojrzenia się spotkały, tym bardziej że nie odwrócił wzroku. Wręcz przeciwnie – nadal na nią patrzył, bynajmniej nie przejęty, że go na tym przyłapała. Tak czy inaczej, jasne, intensywnie niebieskie tęczówki były trudne do pominięcia, być może dlatego, że bardzo przypominały jej własne. Co więcej, tak jak i ona miał jasne włosy, krótko ścięte i zmierzwione. Na pierwszy rzut oka wydawał się bardzo szczupły, a przy tym wątlejszy od dobrze zbudowanego Marcusa.
W pierwszym odruchu zapragnęła odwrócić się na pięcie i odejść, uśmiechając się przy tym zaczepnie. To nie był pierwszy mężczyzna, który wpatrywałby się w nią w taki sposób. Sęk w tym, że żaden nie robił tego tak ostentacyjnie, bo zwykle peszyli się w chwili, w której uświadamiała ich, że to zauważyła.
– Nudzi się panu? – odezwała się na głos, nie mogąc się powstrzymać. Założyła ramiona na piersiach, po czym ruszyła ku intruzowi. – To chyba nieuprzejme, by w taki sposób obserwować kobietę. Zwłaszcza z ukrycia.
W odpowiedzi na jej słowa jedynie uniósł brwi. Wciąż na nią patrzył, dodatkowo uśmiechając się, jakby w tym, co powiedziała, nie było niczego, co mogłoby go zawstydzić.
– Trudno mówić o obserwowaniu z ukrycia, kiedy jest się na widoku – zauważył ze spokojem.
Zawahała się, przez dłuższą chwilę sama niepewna, co powiedzieć. Nie tego się spodziewała, nagle zaczynając zastanawiać nad tym, czy dobrze odczytała jego intencje. Z pewnością patrzył się na nią, czego zresztą nie ukrywał. Nie miała tylko pewności czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie.
– Chcesz czegoś ode mnie? – zniecierpliwiła się.
– Teraz przeszliśmy na „ty”? – zapytał w zamian, ale nie brzmiał na rozeźlonego takim stanem rzeczy.
Beatrycze zacisnęła usta.
– Przepraszam – zreflektowała się. – Ale jesteś w moim wieku, więc…
Zwłaszcza z bliska była w stanie to ocenić. Dopiero wtedy zauważyła też, że przewyższał ją wzrokiem – nie jakoś szczególnie, ale jednak. Z drugiej strony, wcale nie miała poczucia, by nad nią górował, co jej odpowiadało. Chociaż rozsądek podpowiadał, że powinna z dystansem podchodzić do obcych, ten chłopak nie wyglądał jej na kogoś, kto byłby w stanie ją skrzywdzić.
Skrzywdzić? O czym ty w ogóle myślisz, warknęła na siebie w duchu. Za wiele plotek. Zdecydowanie.
Gdzieś w pamięci faktycznie miała słowa sklepikarza, niepokojąco wręcz pasujące jej do informacji, które już od jakiegoś czasu krążyły po Londynie. Machinalnie napięła mięśnie, ledwo powstrzymując dreszcz. Co prawda chłód, który poczuła chwilę wcześniej, ustąpił, ale i tak poczuła się nieswojo.
– Wszystko w porządku? – usłyszała i to wystarczyło, by sprowadzić ją na ziemię. – Mam wrażenie, że panienkę wystraszyłem.
Przez moment miała ochotę prychnąć, kiedy nazwał ją „panienką”. Nie przepadała za formalnościami, nie wspominając o tym, że po tym jak zbyt pochopnie przeszła z nim na „ty”, wychodziła na co najmniej nieuprzejmą. Nie miała pojęcia czy ten mężczyzna robił to specjalnie, ale nie podobało jej się to.
– Może po prostu nie przywykłam, że ktoś próbuje mnie obserwować – wymamrotała, rzucając mu wymowne spojrzenie.
– Jakoś nie chce mi się w to wierzyć…
Nie miała pojęcia, w jaki sposób powinna rozumieć jego słowa. Na dłuższą chwilę zamilkła, szukając sensowej odpowiedzi, ale żadna nie wydawała się właściwa. Nagła pustka w głowie z miejsca zaczęła dawać jej się we znaki, tym bardziej że do niej nie przywykła. Nie miała pojęcia w którym momencie pozwoliła wytrącić się z równowagi, ale jednak do tego doszło, Beatrycze zaś nie miała pojęcia, w jaki sposób powinna się zachować.
Mężczyzna uśmiechnął się blado, niemalże przepraszająco.
– To nie tak, że obserwowałem. W zasadzie nie sądziłem, że kogokolwiek tutaj spotkam – przyznał, wzruszając ramionami. – Zwykle jest tutaj spokojnie.
– Dlatego lubię chodzić nad rzekę – zgodziła się machinalnie. – I to dość często, a jednak mało kiedy wpadam na obcych – dodała, nie odrywając od niego wzroku.
– Czy to ma być jakiś zarzut? – zapytał, kolejny raz wprawiając ją w konsternację.
– Nie, ale… – Urwała, po czym energicznie potrząsnęła głową. – Przepraszam bardzo, ale muszę iść.
Jeszcze kiedy mówiła, błyskawicznie okręciła się na pięcie, ruszając w swoją stronę. Czuła się dziwnie rozbita, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że właśnie zrobiła z siebie kretynkę. Tak po prostu i bez powodu. Co ona w ogóle robiła? Naskakiwanie na przypadkowych mężczyzn zdecydowanie nie było normalne, nawet jeśli ci po prostu się na nią patrzyli. I to zwłaszcza w sytuacji, gdy ktoś po prostu spacerował nad rzeką.
Wciąż czuła na sobie uważne spojrzenie błękitnych oczu. Kiedy machinalnie obejrzała się przez ramię, przekonała się, że mężczyzna wciąż spokojnie stał w tym samym miejscu, nie tylko na nią patrząc, ale wyglądał na rozbawionego. W chwili, w której podchwycił jej spojrzenie, jak gdyby nigdy nic do niej pomachał, jeszcze bardziej wytrącając już i tak zażenowaną Beatrycze z równowagi. Natychmiast uciekła spojrzeniem gdzieś w bok, aż nazbyt świadoma, że palą ją policzki. W duchu wręcz modliła się o to, by obserwujący ją mężczyzna niczego nie zauważył, zwłaszcza że już i tak wydawał się doskonale bawić jej kosztem.
Co to w ogóle było? W głowie miała mętlik, co w niczym nie ułatwiało Beatrycze odzyskania panowania nad sobą. Czuła, że serce tłukło jej się w piersi tak szybko i mocno, że ledwo mogła  złapać oddech. Szła szybko, w pewnym momencie niemalże potykając się o własne nogi. Powstrzymała cisnące jej się na usta przekleństwo, po czym jeszcze bardziej przyśpieszyła, chcąc jak najszybciej znaleźć się poza zasięgiem wzroku nieznajomego.
Z jakiegoś powodu czuła się tak, jakby ktoś zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Nie miała nawet pewności, czym tak naprawdę to było – zwykłą dezorientacją, zażenowaniem czy może ciekawością. Wiedziała jedynie, że nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś podobnego, o intensywności tych uczuć nie wspominając. Dlaczego? Przecież on tylko patrzył…Zawsze na mnie patrzą, pomyślała mimochodem, po czym energicznie potrząsnęła głową. Jakie to właściwie miało znaczenie?
Jej myśli wirowały, plącząc się ze sobą. Mimochodem pomyślała o chłodzie, którego doświadczyła chwilę wcześniej – tym niepokoju, na którego wspomnienie dostawała gęsiej skórki. Wszystko zniknęło w momencie, w który zobaczyła tego mężczyznę, być może dlatego, że wydawał się taki niepozorny. Zresztą zauważyłaby, gdyby miał względem niej jakiekolwiek złe intencje, a przynajmniej tak sądziła. Samotność jej nie służyła, tym bardziej po tym, co usłyszała w mieście. Z drugiej strony…
To bez sensu. Po prostu nie ma sensu…
Zatrzymała się gwałtownie, coraz bardziej sfrustrowana. Kiedy nabrała pewności, że w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby ją zauważyć, z jękiem ukryła twarz w dłoniach. Wzięła kilka głębszych wdechów, z wolna zaczynając się uspokajać. Przecież nie działo się nic wartego uwagi, tak? Może po prostu wariowała, zwłaszcza że podświadomie wciąż zamartwiała się o Cassandrę. Szczęśliwa w towarzystwie Marcusa czy też nie, w tym wszystkim wciąż pozostawała kwestia nocnych koszmarów i tego, że tak naprawdę obie źle spały tej nocy.
Westchnęła cicho, niemalże wierząc o to, że chodziło właśnie o to. Musiała porozmawiać z siostra, po cichu licząc na to, że teraz, kiedy spędziła miłe popołudnie, w końcu miała być skłonna powiedzieć coś jeszcze. Nawet jeśli nie pamiętała tych snów, musiało być coś, co chciała z siebie wyrzucić. W pewnym momencie Beatrycze pomyślała nawet, że mogła poprosić Marcusa, by z nią porozmawiał albo poszukał jakiegoś rozwiązania, zwłaszcza że pomagał w aptece, ale prawie natychmiast odrzuciła od siebie ten pomysł. To mogło poczekać, brzmiąc bardziej jak ostateczne rozwiązanie. Najpierw jednak wolała porozmawiać z Cassandrą, nie chcąc działać za plecami siostry, jeśli nie okazałoby się to naprawdę konieczne.
Zdołała uspokoić się na tyle, by niemalże zapomnieć o spotkaniu z tamtym mężczyzną. Poniekąd tego chciała, z uporem odmawiając myślenia o tym, że zrobiła z siebie idiotkę. Był miły. Może trochę zbyt bezczelny, ale jednak uprzejmy – i właśnie to w tym wszystkim doprowadzało ją do szału. Podczas gdy próbowała swatać siostrę, sama nagle okazywała się niezdolna do prowadzenia sensownej konwersacji z kimś w swoim wieku. Swoją drogą, nawet nie spytała go o imię, ale może tak było lepiej. On też nie miał pojęcia, kim była drobniutka blondynka, którą nastraszył i która zaczęła zachowywać się przy nim jak ktoś, kto urwał się ze wsi.
Przynajmniej miała nadzieję, że jej nie kojarzył. Rany Boskie, zapamiętałaby, gdyby kiedykolwiek wcześniej na siebie wpadli i…
Kobiecy wrzask zmroził jej krew w żyłach. Wyprostowała się niczym struna, zamierając. Serce niemalże wyskoczyło Beatrycze z piersi ze zdenerwowania, zwłaszcza że doskonale znała ten głos. Krzyk tym bardziej, bo ostatnio słyszała go dosłownie każdej nocy, przez co aż za dobrze wyrył się w jej pamięci.
Cassandra.
Bez zastanowienia rzuciła się do biegu. To było niczym impuls, któremu po prostu się poddała, czując, że powinna jak najszybciej znaleźć się przy siostrze. Chociaż to nie był pierwszy raz, kiedy Cassie krzyczała, a dotychczas to nie zwiastowało, że działa jej się krzywda, coś w tym dźwięku sprawiło, że panika chwyciła Beatrycze z gardło. Był środek dnia, a jej siostra nie spała. Skoro tak…
Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim dotarła do miejsca, gdzie ostatnio widziała Cassandrę i Marcusa. W pewnym momencie naszła ją irracjonalna myśl, że się zgubiła, chociaż to nie miało prawda się dziać. Przychodziła tutaj często i praktycznie od dziecka, znając okolicę równie dobrze, co i własny dom. Nawet w panice odnalazłaby właściwą drogę, niezależnie od warunków, w jakich przyszłoby jej ją pokonywać.
Serce omal nie wyskoczyło Beatrycze z piersi ze zdenerwowania. Wypadła spomiędzy drzew nagle, zdyszana i niespokojna. Zatrzymała się dopiero na widok dwóch znajomych postaci, przez krótką chwilę gotowa przysiąc, że tak naprawdę wszystko było w porządku, jednak wszystko zmieniło się w momencie, w którym dostrzegła wyraz twarzy Cassie.
Dawno nie widziała siostry aż tak bladej i zapłakanej. Nawet z odległości widać było, że dziewczyna drżała, niespokojnie spoglądając na stojącego tuż przed nią Marcusa. Beatrycze natychmiast podbiegła bliżej, również gotowa zacząć krzyczeć na wypadek, gdyby chłopak zamierzał zrobić coś głupiego, jednak prawie natychmiast przekonała się, że to nie w nim leżał problem. Czegokolwiek bała się Cassandra, nie miało związku z Marcusem. To przynajmniej sugerowało jej spojrzenie, bo choć wpatrywała się wprost w mężczyznę, w rzeczywistości wydawała się go nie widzieć.
– Cassie… Cassandra! – zaoponował chłopak, wyrzucając obie ręce ku górze w poddańczym geście. Spróbował zrobić krok naprzód, ale zawahał się, kiedy dziewczyna znów krzyknęła i cofnęła się w popłochu. – Co się stało? Cassie…
– N-nie…! Nie podchodź! – zaoponowała niemalże histerycznym tonem.
Marcus potrząsnął głową. Wyglądał na przerażonego, choć nie tak jak chwiejąca się na nogach dziewczyna. Jego spojrzenie na ułamek sekundy spoczęło na Beatrycze, kiedy popatrzył na nią niemalże błagalnie, jakby szukając pomocy.
– Cassie, przestań – wyrzucił z siebie na wydechu. – To tylko sen! Miałaś zły sen!
Cassandra jęknęła w odpowiedzi. Zaraz po tym uniosła ręce, zatykając uszy, jakby chciała bronić się przed kolejnymi słowami. Wciąż niespokojnie rozglądała się dookoła, wyglądając przy tym jak zapędzone w ślepy zaułek, szukające drogi ucieczki zwierzę. Oddychała szybko i płytko, z trudem łapiąc oddech, prawie jak przy każdym przebudzeniu, kiedy zrywała się z krzykiem. Dopiero z bliska Beatrycze przekonała się, że oczy jej siostry były nienaturalnie rozszerzone i jakby puste, aż zwątpiła w to, czy dziewczyna w ogóle zdawała sobie sprawę z tego, co działo się wokół niej.
Dysząc ciężko, Trycze w pośpiechu dopadła do Marcusa. Mężczyzna natychmiast zwrócił się w jej stronę, wyraźnie zaniepokojony.
– Co się stało? – zapytała, ale on tylko potrząsnął głową.
– Nie mam pojęcia – wymamrotał spiętym tonem. – Położyliśmy się na ziemi i… przysnęła na chwilę. A potem zaczęła się rzucać i krzyczeć. – Potrząsnął głową. – Beatrycze, na Boga, nic jej przecież nie zrobiłem!
Nie musiał bardziej jej przekonywać, by zrozumiała, że mówił prawdę. Natychmiast otworzyła usta, chcąc jakkolwiek go uspokoić, ale nie miała po temu okazji.
Nie, skoro Cassandra znowu zaczęła krzyczeć.
– Odejdź! Odejdź w tej chwili!
Marcus momentalnie pobladł, zresztą niemniej, co i rozhisteryzowana dziewczyna. Jego spojrzenie na powrót skupiło się na Cassandrze, on zaś zrobił nerwowy krok naprzód, uspokajającym gestem wyciągając rękę ku dziewczynie.
– Hej, już dobrze – zapewnił pośpiesznie. Z wolna przestąpił naprzód, starając się przemawiać jak najłagodniej, chociaż przychodziło mu to z wyraźnym trudem. – Jesteś bezpieczna. Cassie…
– ODEJDŹ!!!
Beatrycze aż się wzdrygnęła, przez ułamek sekundy mając ochotę zakryć uszy. W następnej chwili wszystko potoczyło się błyskawicznie, tak szybko, że ledwo była w stanie za tym nadążyć.
Widziała, że Cassandra znów zaczęła się cofać, już nawet nie zdajać sobie sprawy z tego, co robiła. Zanim którekolwiek z nic zdążyłoby zaprotestować albo ją ostrzec, otarła do krawędzi, jednak nawet to nie powstrzymało jej przez zrobieniem kolejnego kroku w tył.
– Cassie! – wyrwało się Marcusowi.
Jako pierwszy skoczył do przodu, próbując dziewczynę pochwycić, ale okazał się zbyt wolny. To był zaledwie ułamek sekundy – tylko tyle, zanim Cassandra potknęła się i poleciała do tyłu, lądując w odmętach rzeki. Ciszę po raz kolejny przerwał krzyk, jednak tym razem wyrwał się z piersi Beatrycze. Zrozumiała to z opóźnieniem, ale nawet nie próbowała nad sobą zapanować. Przed oczami wciąż miała przerażoną twarz siostry, jej upadek i…
– Cassie… – jęknęła, gdy w końcu zdołała otrząsnąć się na tyle, by jakkolwiek zareagować. – O mój Boże, Cassie!
Chciała podbiec bliżej, ale powtrzymały ją ramiona Marcusa, który stanowczo odciągnął ją w tył. Spojrzała na niego z niedowierzaniem, gotowa zacząć się z nim szarpać, ale coś w jego spojrzeniu skutecznie ją od tego odwiodło.
– Czekaj tutaj – nakazał spiętym głosem.
Posłusznie skinęła głową, niezdolna wykrztusić z siebie chociażby słowa. W chwili, w której ją puścił i popędził Cassandrze na pomoc, ciężko osunęła się na kolana i zaczęła płakać.

niedziela, 17 czerwca 2018

Rozdział II

Cassandra rozpogodziła się, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Mimo wszystko Beatrycze nie mogła pozbyć się wrażenia, że myślami siostra była gdzieś daleko. Być może wszystko sprowadzało się do zmęczenia, zwłaszcza po nieprzespanej nocy, ale to i tak ją martwiło. Działo się coś niedobrego, ale w żaden sposób nie potrafiła sprecyzować co.
– Mama się zdenerwuje – stwierdziła Cassie, kiedy były w połowie drogi do miasta. – Zobaczysz. Powinnyśmy wrócić i…
– Naprawdę chodzi o to, że chcesz wracać do domu? – przerwała, nie mogąc powstrzymać się przed zadaniem tego pytania.
Spojrzała na Cassie wyczekująco, po wyrazie jej twarzy próbując stwierdzić, co takiego myślała. Dla lepszego efektu przystanęła, zakładając ramiona na piersi i spoglądając na siostrę wyczekująco. Kolejny raz uderzyła ją jej bladość i cienie pod oczami, ale nie skomentowała tego nawet słowem. W zamian zmusiła się do tego, żeby cierpliwie czekać na odpowiedź, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że nieświadomie trafiła ze swoim pytaniem w sedno.
– Ja… – Przez twarz dziewczyny przemknął cień. – Szczerze mówiąc, sama nie wiem. Po prostu nie mam ochoty na wasze kłótnie – wyjaśniła, a Beatrycze westchnęła, potrząsając z niedowierzaniem głową.
– Więc postaramy się nie kłócić, tak jak powiedziałam – zapewniła pośpiesznie, chociaż szczerze wątpiła, by to okazało się takie proste. – Na pewno chodzi tylko o to? Jeśli jest coś, co chcesz mi powiedzieć…
Cassandra zawahała się. To wystarczyło, by uświadomić Beatrycze, że w istocie mogło chodzić o coś więcej. Miała wrażenie, że w podobny sposób siostra spoglądała na nią już w nocy, wyglądając na chętną, żeby zwierzać się ze swoich złych snów. Ostatecznie tego nie zrobiła, z kolei i teraz…
– Nie. – Mimo wszystko zabrzmiało to jak kłamstwo. W pierwszym odruchu Beatrycze zapragnęła zaprotestować i zacząć nalegać, ale w ostatniej chwili z tego zrezygnowała. Nie sądziła, żeby naciskanie miało jakikolwiek sens. – Nie wiem… Masz rację. Nie chcę wracać.
Skinęła głową, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy postępowała słusznie, nie próbując wnikać. Z drugiej strony, przecież znała Cassandrę. Starsza czy nie, często zachowywała się jak niepewne dziecko, któremu należało wskazać właściwy kierunek, jeśli chciało się, by podjęła jakąkolwiek decyzję.
Przez resztę drogi milczały, ale to było dobre. Cassie wciąż wydawała się nieswoja, ale nie tak jak wcześniej. Wyraźnie ożywiła się w towarzystwie ludzi, z zaciekawieniem spoglądając na spieszących w swoje strony ludzi. Tak to bywa w tłumie. Wtedy złe sny przestają mieć znaczenie, przeszło Beatrycze przez myśl. Poniekąd tego oczekiwała, próbując nakłonić siostrę na wspólne wyjście. Mogła tylko zgadywać, jak w tym wszystkim czuła się Cassandra, zmęczona i zamknięta w czterech ścianach własnej sypialni.
Słyszała śmiechy i gwar rozmów. Gdzieś w pobliżu grupka dzieci ganiała się ulicami miasta, beztroska i cudownie obojętna. W takich chwilach Beatrycze żałowała, że była już zbyt dorosła na to, żeby do nich dołączyć. Co prawda matka nigdy zbyt chętnie nie wypuszczała ich z domu, jeśli nie było ku temu potrzeby, niemniej kiedyś nie była aż tak zaborcza. To było tak, jakby nagle coś się zmieniło, a Ariadna nagle zaczęła trząść się nad bezpieczeństwem córek, robiąc wszystko, byleby ograniczyć ich spotkania z kimkolwiek niewłaściwym. Niejednokrotnie powtarzała, że zrozumieją, kiedy dorosną, ale to wcale nie było takie proste, skoro ciągle tkwiło się w miejscu.
Beatrycze nie wyobrażała sobie, jak to byłoby mieć własne dzieci. Nie widziała siebie w roli matki, a przynajmniej nie takiej jak jej własna. Nie miała okazji być nawet ciotką, w gruncie rzeczy wątpiąc w to, czy ona albo którakolwiek z jej sióstr w ogóle miały być w stanie, by kiedykolwiek założyć rodzinę. Próbowała przekonać samą siebie, że przesadzała, ale im częściej myślała o zachowaniu Ariadny, tym więcej miała wątpliwości. Zwłaszcza odkąd Cassie zaczęły dręczyć te sny, takie pozornie nic nieznaczące drobiazgi zaczęły dawać jej się we znaki. Powinny ze sobą rozmawiać, a jednak…
– Naprawdę uważasz, że Marcus może być dzisiaj w pracy?
Poderwała głowę, by z uśmiechem spojrzeć na Cassandrę. Dziewczyna rozluźniła się, wyraźnie podekscytowana perspektywą spotkania z kimś, kto bez wątpienia wpadł jej w oko. Beatrycze nie chciała w tamtej chwili myśleć o matce, ale nie mogła powstrzymać się przed wyobrażeniem sobie miny Ariadny, gdyby dowiedziała się o Marcusie. Może to było właściwe dla każdej matki, zwłaszcza samotnie wychowującej dzieci, że nie była zachwycona perspektywą pojawienia się kogoś, kto mógłby oczarować którąkolwiek z jej córek.
– Hm… Zobaczymy – rzuciła pogodnym tonem Beatrycze, chwytając siostrę za ramię.
Nawet jeśli Cassie miała jakiekolwiek obiekcje, tym razem powstrzymała się od protestów. Obie niemal biegiem pokonały kilka kolejnych przecznic, ostatecznie zachodząc do apteki tylnym wejściem. Beatrycze puściła siostrę przodem, z uwagą obserwując, jak ta niepewnie podchodzi do uchylonych drzwi na zaplecze. Marcus zwykle kręcił się właśnie tam, pomagając co najwyżej przestawiać fiolki czy segregując nowe dostawy. Tak czy inaczej, trafienie na niego, wydawało się bardzo prawdopodobne.
Zawstydzony uśmiech, który nagle pojawił się na twarzy Cassandry, jednoznacznie to potwierdzał.
– Zgubiłyście się, panienki? – rzucił zaczepnym tonem chłopak, w pośpiechu wychodząc na zewnątrz.
Beatrycze absolutnie nie była zaskoczona tym, że mógłby podobać się jej siostrze. Był przystojny, postawny i – co najważniejsze – miły. Z ciemnymi, opadającymi a czoło włosami i czarującym uśmiechem wyglądał uroczo, zwłaszcza gdy z błyskiem w oczach spoglądał na Cassandrę.
A ta… Cóż, natychmiast zarumieniła się jak piwonia, przez kilka następnych sekund bezmyślnie wpatrując się w stojącego przed nią chłopaka.
– Dzień dobry – zagaił Marcus, próbując ukryć rozbawienie.
Kątem oka spojrzał na Beatrycze, więc machnęła mu ręką na powitanie. Skinął jej głową, ale uwagę wciąż poświęcał Cassandrze, cierpliwie czekając na jej reakcję. Ostatecznie dziewczyna drgnęła i – odchrząknąwszy – w końcu zdecydowała się odezwać, uciekając przy tym wzrokiem gdzieś w bok.
– Dzień… dobry – wykrztusiła z siebie z trudem. Gdyby nie to, że Marcus i Beatrycze stali blisko niej, żadne z nich nie zdołałoby zrozumieć tego, co mówiła.
Masz szczęście, że on też cię lubi.
– Byłyśmy w pobliżu, więc postanowiłyśmy zajrzeć – wyjaśniła usłużnie Beatrycze, próbując ratować sytuację. – Masz może chwilę? To chyba niedobrze, by dwie samotne kobiety błąkały się po mieście – dodała, a Cassie jęknęła.
– Trycze…
– Oczywiście, że to niedobrze – podchwycił natychmiast Marcus, raptownie poważniejąc. Jego spojrzenie raz po raz uciekało ku zarumienionej Cassandrze. – O ile nie macie nic przeciwko temu, żeby poczekać kwadrans… – zaczął i to wystarczyło.
– Znakomicie – zapewniła pośpiesznie.
Marcus skinął głową, po czym w pośpiechu zniknął w aptece. Przez krótką chwilę panowała cisza, podczas której Cassie wciąż wpatrywała się w miejsce, w którym stał, zanim w końcu zdołała ruszyć się z miejsca. Natychmiast podeszła do siostry i chwyciwszy ją za ramię, w pośpiechu odciągnęła rozbawioną Beatrycze od drzwi apteki, raz po raz niespokojnie oglądając się za siebie.
– Co ty robisz? – zapytała spiętym tonem, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Beatrycze, na litość Boską…
– Pilnuję, żebyś się rozerwała – wyjaśniła, po czym westchnęła przeciągle. – Oczy ci się świecą za każdym razem, kiedy o nim wspominam. A on lubi ciebie – oznajmiła, spoglądając Cassie w oczy. – Zapomnij na moment o mamie i tych swoich snach, dobrze? Po prostu… daj sobie szansę.
– Ale…
Dziewczyna urwała równie nagle, co wcześniej zaczęła mówić. W jej oczach pojawiło się wahanie, jednak ostatecznie kolejny raz powstrzymała się przed protestem. W zamian jedynie z niedowierzaniem potrząsnęła głową, czy to ubolewając nad zachowaniem siostry, czy też nad własnymi pragnieniami. Cokolwiek sobie myślała, prawda była taka, że chciała tutaj być – i to zwłaszcza w towarzystwie Marcusa.
Cassandra cicho jęknęła, po czym w pośpiechu zwróciła się do Beatrycze plecami, wbijając wzrok w drzwi apteki.
– Jesteś niemożliwa.
Skwitowała to cichym śmiechem, zwłaszcza że po wyrazie twarzy siostry doskonale wiedziała, że ta była jej wdzięczna. Co prawda nie powiedziała tego wprost, ale niepewny, nieco zawstydzony uśmiech, który majaczył na jej ustach, okazał się dość jednoznaczny. To, że z nadzieją spojrzała na tylnie wyjście z apteki, a jej oczy zabłysły, kiedy wkrótce później dołączył do nic Marcus, okazało się jednoznaczne.
– Więc? – rzucił chłopak pogodnym tonem. – Dokąd się wybieracie? – zapytał, a Beatrycze jakby od niechcenia rozejrzała się dookoła.
– Może nad rzekę? – zaproponowała, nie zamierzając czekać aż Cassie zacznie się jąkać. – W zasadzie… Idźcie sami, dobrze? Ja muszę jeszcze zajrzeć w jedno miejsce – dodała, a siostra jak na zawołanie spojrzała na nią w niemalże spanikowany sposób.
– Ale…
– Dogonię was później – zapewniła i nie czekając na jakąkolwiek reakcję, oddaliła się w pośpiechu.

To nie tak, że miała jakiekolwiek plany. W zasadzie do końca nie była pewna, co i dlaczego robiła. Może chciała wierzyć, że Cassandra właściwie wykorzysta sytuację, ta zresztą była dorosła i – przynajmniej w teorii – najpewniej wiedziała, czego naprawdę chciała. Z kolej przy Marcusie się rozluźniała, a przecież o to chodziło. Trycze miała wrażenie, że jeśli nie ten chłopak, to nikt inny nie będzie w stanie sprawić, żeby dziewczyna poczuła się jakkolwiek lepiej.
Lubiła spacerować po rynku, kiedy ten tętnił życiem. Obserwowała zajętych swoimi sprawami ludzi, słuchała jak śmieją się i rozmawiają. W takich chwilach Londyn żył, a wraz z nim ona, w końcu nie musząc siedzieć w domu i zastanawiać się nad tym, co powinna ze sobą zrobić. Oczywiście, że mogła pójść wraz z Leaną i mamą na targ, ale to nie byłoby to samo. Wtedy musiałaby zachowywać się tak, jak oczekiwała tego Ariadna – w pośpiechu robić swoje, by – Boże uchowaj – ktoś przypadkiem nie zwrócił na nią uwagi. Liczyłyby się pośpieszne zakupy, załatwienie sprawunków i powrót do domu. Chwilami miała tego dość, o wiele bardziej preferując wychodzenie w pojedynkę albo z którąś z sióstr, byleby tylko później nie słuchać jak bardzo nierozsądna i lekkomyślna była.
Inna sprawa, że wtedy nie musiała obawiać się tego, że ktokolwiek będzie na nią patrzył. Przyciągała spojrzenia przechodniów, zwłaszcza mężczyzn, i była tego świadoma. Widziała, że uśmiechali się na jej widok i z przyjemnością odwzajemniała gesty – delikatnie, skromnie, ale jednak, by ktoś przypadkiem nie uznał, że była nieuprzejma. Mama zawsze obruszała się, kiedy to robiła, zupełnie jakby w reagowaniu na czyjąkolwiek sympatię było coś złego. To, że skinęła komuś głową albo odwzajemniła uśmiech, nie oznaczało jeszcze, że jak ostatnia naiwna zamierzała rzucić się w ramiona pierwszego mężczyzny, który stanąłby na jej drodze. Nie była głupia, ale czasami tak się czuła, co zresztą też było zasługą Ariadny.
Westchnęła w duchu, na moment spuszczając wzrok. Ostatnio myślała o zachowaniu matki częściej niż zwykle, najpewniej przez sny Cassandry. Obwiniała ją, chociaż wciąż nie była pewna o co – o nieporadność, bagatelizowanie problemu czy też to, że ta mogłaby mieć jakiekolwiek tajemnice. Beatrycze towarzyszyło niejasne przeczucie, że działo się coś niedobrego, ale za żadne skarby nie potrafiła określić co i dlaczego.
Przestała o tym myśleć, słysząc głośne rozmowy i śmiechu, dobiegające z pobliskiej karczmy. Na moment przystanęła, spoglądając na uchylone drzwi i zastanawiając nad tym, czy wejść do środka. Nie miała przy sobie pieniędzy, ale czasami lubiła usiąść gdzieś w kącie zatłoczonej sali i obserwować ludzi. Czasami słuchała rozmów i plotek, chociaż wiedziała, że to niewłaściwe. Z drugiej strony, wtedy czuła się tak, jakby mogła doświadczyć tego, co działo się w innych zakątkach Londynu i poza nim. To trochę tak, jakby podróżowała, o czym zresztą marzyła, choć nic nie wskazywało na to, by kiedykolwiek miała wyjechać. Przynajmniej tymczasowo była tu uwiązana, a jej życie kręciło się wokół decyzji Ariadny i obecności obu sióstr.
W zasadzie mogłaby próbować się wyprowadzić. Problem polegał na tym, że potrzebowała pieniędzy, a nie sądziła, żeby znalezienie pracy było takie proste. Po pierwsze, była kobietą, na dodatek młodą i niezamężną. Mieszkała z matką, Ariadna zaś była ceniona w stopniu wystarczającym, by w razie potrzeby utrudnić jej znalezienie posady – i to tylko dlatego, że nie popierała pragnień chcącej wyrwać się z domu Beatrycze. Inna sprawa, że niektórzy dość krzywo patrzyli na kobietę, która z jakiegoś powodu wychowywała córki bez męża. Ona sama nie miała pojęcia, co stało się z jej ojcem, bo matka nie paliła się do udzielenia jakichkolwiek wyjaśnień. W zasadzie już jako dzieci oduczyły się pytać, szybko przekonując się, że to strata czasu.
Tak czy inaczej, czuła się jak ptak w złotej klatce. Teoretycznie miała wszystko, bo skłamałaby, gdyby stwierdziła, że źle jej się żyło – duży dom i rodzinę, nie wspominając o tym, że nigdy nie narzekała na biedę. A jednak za tym wszystkim kryły się poglądy Ariadny, których nie rozumiała i nie zamierzała zaakceptować. Myśl o tym, że miałaby trwać w rodzinnym domu aż do śmierci, bez szans na założenie własnej rodziny i uniezależnienie się, najzwyczajniej w świecie ją przerażała.
To tak, jakby w naturalnych pragnieniach było coś złego… Jakby Ariadna wiedziała coś, czego Beatrycze co najwyżej mogła się domyślać.
– … co wydarzyło się w starej katedrze? – doszedł ją czyjś podenerwowany głos. Coś w tym tonie wystarczyło, żeby zamarła i spróbowała skupić na kolejnych słowach. – Znaleźli kolejną. To już trzecia w tym miesiącu – oznajmił jakiś mężczyzna, nie czekając na odpowiedź swojego rozmówcy.
Beatrycze potrzebowała chwili, by ostrzec dwóch mężczyzn, którzy w pośpiechu opuszczali karczmę, przed którą przystanęła. Jednego z nich znała z widzenia, bo pracował w jednym z lepiej prosperujących sklepów. Musiał być już sporo po czterdziestce, a przynajmniej tak jej się wydawało, bo nigdy nie była dobra w określaniu wieku po wyglądzie. Tak czy inaczej, zapamiętałą sklepikarza, u którego kilka razy zdarzało jej się nabywać jakieś drobiazgi na prośbę matki – dość sporadycznie, bo ceny pozostawały wiele do życzenia, zbyt wysokie nawet jak na realia stolicy.
Towarzyszący sprzedawcy mężczyzna był niewiele młodszy od niego, ciemnowłosy i… okrągły. Tylko tyle potrafiła o nim powiedzieć. Kojarzył jej się z beczką, chociaż w żadnym wypadku by go o tym nie poinformowała. Liczyło się zresztą, że to on z takim przejęciem opowiadał swojemu towarzyszowi o tym, co wydarzyło się w katedrze.
– Naprawdę? – Właściciel sklepu wydawał się zaskoczony. – Niczego nie słyszałem… A takie informacje zwykle rozchodzą się błyskawicznie, nawet tutaj. Jesteś pewien, że…?
– Oczywiście, że tak! – Okrągły mężczyzna rzucił rozmówcy niemalże urażone spojrzenie. – Po prostu niektórzy nie chcą, żeby o tym mówić. Sam rozumiesz…
Sklepikarz skinął głową.
– Dobrze, dobrze… – zreflektował się pośpiesznie. – Ale co tak naprawdę się stało? Kolejna kobieta, która…
– Cii… – padło w odpowiedzi. – To złe miejsce. Powiem ci później.
Obaj oddalili się w pośpiechu, nadal szepcąc między sobą. Beatrycze odprowadziła ich wzrokiem, w równym stopniu zaciekawiona, co i zaniepokojona. Coś w tej rozmowie przyprawiło ją o dreszcze, chociaż wciąż nie miała pewności, czego dotyczyła. Mogła co najwyżej domyślać się w czym rzecz, co zresztą nie było takie trudne, bowiem słowa mężczyzny w naturalny sposób skojarzyły jej się ze sprawą, którą jeszcze dwa tygodnie temu wydawał się żyć cały Londyn.
Tak naprawdę zaczęło się blisko miesiąc temu, kiedy zniknęła pierwsza dziewczyna. Słyszała plotki o tym, że później znaleziono ją martwą, bez chociażby kropelki krwi w ciele. A później jeszcze jedną, chociaż nikt nie potwierdził tego wprost. Wielu twierdziło, że to jedynie bajka – zniekształcona plotka, którą należało zignorować jak najszybciej ukrócić. Ludzie zawsze lubili przekręcać fakty tak, by faktyczne wydarzenia wydawały się bardziej przejmujące, może wręcz przerażające. Tak musiało być w tym przypadku, bo jak inaczej miałaby rozumieć te dziwne zgony.
Oczywiście niektórzy wierzyli w siły nieczyste. Słyszała o karze boskiej, klątwie i czym popadnie. Nie miała pojęcia, czy była w tym chociaż odrobina prawdy, zresztą to brzmiało jak abstrakcja. Istoty mroku – coś, co nie było człowiekiem i nawet nie powinno istnieć… Może gdyby miała pięć lat, wzięłaby to pod uwagę, ale w innym wypadku? To musiał być jakiś wariat, który w szczególny sposób umiłował sobie zabijanie kobiet, na dodatek w sposób dość okrutny, bo takim wydawało się upuszczenie krwi z ciała. Niektórzy mawiali nawet, że posoka zniknęła, bo ktoś – albo coś – najzwyczajniej w świecie ją wypiło, ale Beatrycze na samą myśl robiło się niedobrze.
Picie krwi. Istoty żyjące w mroku…
Nie, to zdecydowanie nie było coś, w co mogłaby uwierzyć.
W milczeniu ruszyła w drogę powrotną, próbując wyrzucić z pamięci usłyszaną rozmowę. Nagle straciła ochotę na dalsze pałętanie się po okolicy bez celu, z dwojga złego woląc dołączyć do Marcusa i Cassandry. Cóż, dała im dość czasu, by nacieszyli się sobą, a przynajmniej tak sądziła. W razie co zawsze mogła się wycofać, chociaż – przynajmniej w teorii – powinna zabawić się w przyzwoitkę. Tak to działało, prawda? Niezamężna panna nie powinna zbliżać się do mężczyzny przed ślubem bardziej niż to konieczne, cokolwiek miałyby znaczyć granice przyzwoitości. To i tak wydawało się lepsze od zasad Ariadny, która zachowywała się tak, jakby pojedyncze męskie spojrzenie mogło sprawić, że jej córki zrobią coś naprawdę niewłaściwego.
Uśmiechnęła się pod nosem, chociaż wciąż nie było jej do śmiechu. W drodze przez miasto wciąż towarzyszył jej dziwny niepokój, który za wszelką cenę próbowała zignorować. Czuła się dziwnie, raz po raz myśląc o rozmowie mężczyzn z jadłodajni. Miała tylko nadzieję, że informacje mimo wszystko nie miały dotrzeć do matki, bo to byłoby kolejnym argumentem, by pilnować córek bardziej, niż byłoby to wskazane. Co prawda perspektywa tego, że po Londynie pałętał się ktoś, kto zabijał kobiety, była niepokojąca, ale to wciąż były tylko plotki. Ludzie opowiadali sobie takie historie cały czas, czy to z nudów, czy to z przeświadczeniem, że każda zasłyszana wiadomość była prawdziwa.
Jeszcze zanim znalazła Cassandrę i Marcusa, doszły ją radosne śmiechy. To wystarczyło, by rozluźniła się, w równym stopniu uspokojona, co i na swój sposób dumna. Dawno nie słyszała siostry tak szczęśliwej, zwłaszcza odkąd zaczęły się te koszmary. Przystanęła w cieniu jednego z pobliskich drzew, z ukrycia obserwując dwie ganiające się postaci. Zachowywali się jak dzieci, cudownie nieświadomi i po prostu zadowoleni ze swojego towarzystwa. Cassie wciąż się rumieniła, ale już nie wyglądała na aż tak zmieszaną, jak wcześniej. W pewnym momencie pozwoliła nawet, by Marcus porwał ją na ręce i okręcił wokół własnej osi. Piszczała przy tym, śmiała się i wyrywała, ale nie na tyle gwałtownie, by wyglądało to tak, jakby faktycznie chciała uciec. Taki widok był rzadkością, więc Beatrycze chłonęła go całą sobą, mimowolnie myśląc, że przecież właśnie tak to powinno wyglądać – zwłaszcza że jej siostra była piękna, dorosła i jak najbardziej zasłużyła na kogoś, kto traktowałby ją dobrze.
A ty?, odezwał się cichy głosik w jej głowie. Co z tobą? Skoro wiesz, co dobre dla Cassandry, dlaczego sama nie potrafisz wyrwać się z tego domu?
Skrzywiła się, jednocześnie zakładając ramiona na piersiach. Nerwowo potarła przedramiona, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nagle czując się jak intruz z tym, że mogłaby obserwować roześmianą dwójkę. To było coś w pełni ich, całkowicie intymnego, w co nie powinna ingerować. Nikt nie miał do tego prawa.
Wzruszyła ramionami, z wolna wycofując, zanim Cassandra albo Marcus zdążyliby ją zauważyć. Mogła dać im jeszcze trochę czasu… Kwadrans albo nawet dłużej, zanim faktycznie musiałyby z siostrą wracać do domu.
Jeśli chodziło o nią, mogła zaczekać. Prędzej czy później miał pojawić się ktoś, przy kim poczułaby się równie szczęśliwa.
A potem w końcu mogłaby odejść, by zacząć żyć tak, jak od samego początku chciała.

Rozdział I

To nie był pierwszy raz, kiedy w nocy wszystkich obudził rozpaczliwy krzyk Cassandry.
Beatrycze gwałtownie poderwała się na łóżku, co najmniej zaniepokojona. Być może przez ostatnie tygodnie powinna przywyknąć do dręczących siostrę koszmarów, ale za każdym razem, gdy zrywała się w nocy, ściągnięta płaczem Cassie, czuła się równie oszołomiona. Tak było i tym razem, kiedy już z przyzwyczajenia poderwała się z łóżka, chwyciła przerzucony przez oparcie krzesła szlafrok i zarzuciwszy go na ramiona, popędziła do sąsiedniej sypialni.
Jak zwykle zjawiła się na miejscu jako pierwsza. Nie miała pojęcia czy to przypadek, czy może matka i Leana zaczynały patrzeć na powracające sny przez palce, uznając je jako coś normalnego, ale to nie było istotne. Liczyło się, że to w jej ramiona zawsze wpadała Cassandra, rozpaczliwie szukając poczucia bezpieczeństwa. Za każdym razem reagowała tak samo: blada, roztrzęsiona i drżąca tak bardzo, jakby miała febrę. W takich chwilach Beatrycze nie pozostawało nic innego, jak tylko tulić siostrę do siebie, w pośpiechu wyrzucając z siebie jakieś pocieszające słowa, które i tak nie miały przynieść dziewczynie ukojenia.
– Znowu? – doszło ją gdzieś od strony drzwi. Leana brzmiała na zaspaną, choć do jej głosu mimo wszystko wkradła się troska.
Beatrycze nie próbowała odpowiadać. Słodki Jezu, przecież miała oczy, prawda? Obie noc w noc oglądały Cassandrę w stanie, który chwilami zakrawał wręcz o histerię, a to zdecydowanie nie było normalne. Co więcej, żadna z nich nie miała pojęcia, w jaki sposób mogłaby pomóc, mogąc co najwyżej rozkładać ręce i czekać, aż jakieś błyskotliwe rozwiązanie spadnie im z nieba.
Westchnęła cicho, ostrożnie odsuwając się od siostry. Cassie wciąż siedziała na łóżku, delikatnie przy tym drżąc, chociaż nie aż tak bardzo, jak zaraz po przebudzeniu. Niebieskie oczy niespokojnie wodziły po malutkiej sypialni, a materiał cienkiej koszuli nocnej, którą miała na sobie, kleił się do spoconego ciała. W zasadzie dziewczyna wyglądała tak, jakby dopiero co zażyła kąpieli, chociaż – co Beatrycze odkryła z ulgą, kiedy wzięła siostrę za rękę – nie była rozpalona.
– Cassie… Hej, Cassie – rzuciła łagodnie, próbując zwrócić na siebie jej uwagę. Miała wrażenie, że przemawia do dziecka, chociaż paradoksalnie to właśnie Cassandra była z nic wszystkich najstarsza. – Już dobrze. Co ci się śniło?
– Ja…
Dziewczyna urwała, po czym gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc. Głos drżał jej tak bardzo, że ledwo była w stanie się odezwać. Z przestrachem spojrzała na Beatrycze, wyraźnie mając problem ze skupieniem wzroku na twarzy siedzącej tuż obok siostry. Dłonie Cassandry zadrżały, zupełnie jakby miała zamiar wyrwać je z jej uścisku.
Cokolwiek miała zamiar powiedzieć, ostatecznie nie miała po temu okazji, bowiem od strony drzwi dobiegł chłodny głos Adriany.
– Nie pytaj jej o to za każdy razem, Beatrycze – upomniała chłodno matka, wymijając Leanę, by wejść do sypialni. Brzmiała na zmartwioną, ale przede wszystkim zagniewaną, jednak zdenerwowanie w jej przypadku nie było niczym nowym. Nie w ostatnim czasie, a przynajmniej tyle zdążyła zauważyć Trycze. – Idźcie do siebie. Nikomu nic nie jest – dodała nieznoszącym sprzeciwu tonem.
Cassie drgnęła, po czym mocniej chwyciła Beatrycze za ręce. Było w tym coś rozpaczliwego, co z miejsca uświadomiło dziewczynie, że siostra nie chciała zostać sama. Właśnie dlatego nie ruszyła się z miejsca, wciąż uparcie siedząc przy Cassandrze i raz po raz przeczesując palcami jej zmierzwione jasne włosy.
– Mamo… – zaczęła, gotowa zaprotestować, ale Ariadna jedynie westchnęła, wyraźnie sfrustrowana.
– Czy chociaż raz mogłabyś zrobić to, o co cię proszę? – zapytała, ale nie czekała na odpowiedź. – Ja zostanę z Cassandrą. Wróć do siebie i nie siej paniki.
Tym razem usłuchała, po tonie matki poznając, że tak naprawdę nie ma wyboru. Gniew wezbrał w niej w odpowiedzi na takie traktowanie, zwłaszcza że nie po raz pierwszy miała ochotę się z Ariadną kłócić, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. To wciąż była jej matka, a przy tym głowa domu, o czym nie wolno jej było zapominać. Musiała pamiętać o szacunku wobec tej kobiety, nawet gdy wszystko w niej aż rwało się, by wprost oznajmić, że nie podobały jej się podejmowane przez nią decyzję.
Bez słowa wstała, w pośpiechu wychodząc na korytarz. Dopiero gdy już starannie zamknęła za sobą drzwi i znalazła się w pogrążonym w ciemnościach hallu, oparła się plecami o ścianę, ledwo tłumiąc jęk. Z trudem zmusiła się do rozprostowania zaciśniętych w pięści dłoni, bo zbytnio korciło ją, by z całej siły w coś uderzyć – chociażby w ścianę. W ten sposób prędzej zrobiłaby sobie krzywdę, niż faktycznie poczuła lepiej, a przecież nie o to chodziło.
To nie tak, że uważała matkę za złą osobę. Wręcz przeciwnie, zwłaszcza że istniało dość powodów, by darzyła Ariadnę szacunkiem – i to nawet wtedy, gdy ta wystawiała jej nerwy na próbę. Obie miały trudny charakter, równie uparte i nieustępliwe, co w sytuacjach konfliktowych mogło skończyć się w tylko jeden sposób. Beatrycze próbowała przekonywać samą siebie, że wszystko tak naprawdę sprowadzało się do ciągłego napięcia, w którym żyła zmuszona samotni wychowywać trzy córki Ariadna, ale to nie było takie proste. Na Boga, nie wątpiła, że matka je kochała, ale obserwując jej zachowanie, czasami nie mogła pozbyć się wrażenia, że tak naprawdę każda z nich była dla kobiety najgorszą z możliwych kar.
Teraz wszystko dodatkowo komplikowało zachowanie Cassandry. Beatrycze nie potrafiła już zliczyć, jak wiele razy siostra budziła się z krzykiem, po wszystkim i tak nie będąc w stanie wyjaśnić, co aż tak bardzo ją przeraziło. „Nie pamiętam” – odpowiadała niezmiennie, aż w końcu Ariadna i Leana przestały pytać. Z jednej strony to, że odpuściły, nie wydawało się aż tak bardzo szokując, ale mimo wszystko Trycze nie potrafiła tak po prostu pozostać obojętna. Czuła, że dzieje się coś niedobrego i to ją martwiło, zwłaszcza że odkąd Cassie zaczęły dręczyć koszmary, matka wydawała się jeszcze bardziej spięta.
Albo to ja jestem przewrażliwiona… Obie mamy prawo być, pomyślała mimochodem. Żadna z nich od dawna nie przespała spokojnie całej nocy, więc nawracające napięcie wydawało się naturalne.
Z pokoju Cassandry doszedł ją cichy śpiew matki. Coś w znajomej kołysance i – dla odmiany – łagodnym brzmieniu głosu kobiety sprawiło, że Beatrycze również się rozluźniła, nagle czując tak, jakby zeszło z niej całe napięcie. Westchnęła, po czym w końcu zmusiła się, by wrócić do pokoju. Wróciła do łóżka, wcześniej odrzucając na bok szlafrok, ale nie była w stanie zmusić się, by ot tak ułożyć się do snu. Myślami wciąż była przy roztrzęsionej siostrze, mimowolnie zastanawiając się nad tym, co musiałoby się stać, by Ariadna w końcu przyznała, że z jej najstarszą siostrą działo się coś niedobrego.
W tym roku Cassandra skończyła dwadzieścia pięć lat, a jednak wciąż mieszkała w rodzinnym domu, bynajmniej nie zachowując się jak ktoś, kto w najbliższym czasie zamierzał się ustatkować. Chociaż kobiety w tym wieku w większości dawno mogły pochwalić się mężem i przynajmniej jednym dzieckiem, jej siostra nie zachowywała się jak ktoś, kto marzy o takim życiu. Tak naprawdę żadna z nich nie była gotowa, by zamieszkać osobno i zacząć funkcjonować na własną rękę. Odkąd Beatrycze sięgała pamięcią, wszystko kręciło się wokół Ariadny – to ona kontrolowała sytuację, zarabiała na dom i robiła wszystko, byleby trzymać córki przy sobie. Zwykle żadna z nich nie zwracała na to uwagi, przyzwyczajona do takiego stanu rzeczy i postępowania matki, ale coś w kruchości zapłakanej, przerażonej Cassandry, niezmiennie sprawiało, że Trycze coraz częściej myślała, że coś jest nie tak. Już nie chodziło wyłącznie o zachowanie siostry, ale przede wszystkim narastające poczucie, że ta nie poradziłaby sobie z daleka od rodzinnego domu.
Żadna z nas nie dałaby rady. Beatrycze również sobie tego nie wyobrażała, niepewna w jaki sposób miałaby zabrać się choćby do szukania pracy. Raz nawet napomniała o tym Ariadnie, ale tylko ją tym zdenerwowała, w odpowiedzi dostając cały wykład o niewdzięczności. To był jedynie kolejny dowód na to, że ona i matka nie miały prawa się porozumieć, mijając się z poglądami na wszystkich możliwych płaszczyznach.
Tak było również w przypadku pogarszającego się stanu Cassandry. Trycze coraz częściej miała wrażenie, że to ona jest tą najstarszą i najrozsądniejszą w domu. Co więcej, tylko ona wciąż próbowała z siostrą na temat tych snów rozmawiać, co tylko irytowało Ariadnę. Nie chciała zarzucać matce niedbalstwa, ale jak inaczej miała określić to, że ta wydawała się patrzeć na problem przez palce, zupełnie jakby miała nadzieję, że ten w magiczny sposób zniknie. W pewnym momencie początkowa troska ustąpiła miejsca obojętności, a Beatrycze nie miała pojęcia, co się zmieniło. To było wręcz tak, jakby matka już spisała Cassie na straty, jakkolwiek przerażająco by to nie brzmiało.
Właśnie dlatego pragnęła coś zrobić. Nie chciała dłużej słuchać, że to zwykłe sny – koszmary, które prędzej czy późnij same miały ustąpić. To trwało za długo – dobry miesiąc, jeśli nie więcej, bo w międzyczasie straciła rachubę. Co więcej, miała wrażenie, że siostra dosłownie gaśnie w oczach, coraz bardziej anemiczna, blada i wymęczona.
Z westchnieniem wtuliła twarz w poduszkę. Przynajmniej już nie słyszała ani krzyków, ani śpiewu matki czy płaczu Cassandry. Została sama w absolutnej ciszy, ale wciąż nie potrafiła się rozluźnić. Miała złe przeczucia, chociaż wciąż nie potrafiła stwierdzić, czego dotyczyły. Bała się, że Cassie była chora – i to w sposób, w który nie cierpiało wyłącznie jej ciało, ale przede wszystkim duch. Jeśli to były początki szaleństwa…
Nie wiedziała, co działo się z ludźmi, którzy wariowali. Miała jedynie pewność, że nic dobrego. Kto wie, może dlatego Ariadna wolała udawać, że nic się nie dzieje – żeby nikt nie wyrwał jej córki z rodzinnego domu, traktując jako kogo niepoczytalnego. Nie zmieniało to jednak faktu, że przymykanie oczu na stan Cassandry również nie było dobrym rozwiązaniem.
– Boże, jeśli gdzieś tam jesteś, chroń moją siostrę – wyszeptała w ciemność. Modlitwa na swój sposób przynosiła ukojnie, choć Beatrycze miała wątpliwości, czy w takiej formie miała rację bytu. Może powinna okazać szacunek, paść na kolana i zacząć powtarzać wpajane od dziecka formułki. – Cassandra niczym nie zawiniła.
Odpowiedziała jej wyłącznie martwa cisza.
I choć to było do przewidzenia, a Beatrycze wcale nie liczyła, że jakaś tajemna siła jednak istniała i była gotowa ją wysłuchać, nagle poczuła się nieswojo. Ogarnięta irracjonalnym poczuciem, że ktoś ją obserwuje, w pośpiechu naciągnęła na siebie kołdrę, przykrywając się aż po samą szyję.
Zwinięta w ciasny kokon, jeszcze długo czekała na nadejście snu.

Cassandra wyglądała źle. Blada jak papier, z podkrążonymi oczami i zmierzwionymi włosami, wydawała się bliska tego żeby zasnąć na stojąco. Beatrycze zawahała się, w milczeniu obserwując siedzącą przy kuchennym stole siostrę, podczas gdy ta nerwowo bawiła się kubkiem wody. Nic nie wskazywało na to, żeby Cassie zamierzała zabrać się za śniadanie, chociaż co do jedzenia zdecydowanie dobrze by jej zrobiło.
– Dzień dobry – rzuciła z wahaniem Trycze, próbując ściągnąć na siebie uwagę dziewczyny.
Cassandra drgnęła, nagle prostując się niczym struna. Ręką potrąciła kubek, rozlewając na blat wodę. Z jękiem poderwała się na nogi, nerwowo gładząc materiał wilgotnej sukienki.
– O rany… Beatrycze, nie strasz mnie tak – wymamrotała, potrząsając z niedowierzaniem głową. Przez moment wyglądała, jakby zaraz miała się popłakać, tępo wpatrując się przy tym na rozlaną, skapującą na podłogę wodę.
– Przepraszam – zreflektowała się pośpiesznie, nagle jeszcze bardziej zmartwiła. – Poczekaj, sprzątnę to. Po prostu usiądź – dodała, podchwyciwszy zaniepokojone spojrzenie siostry.
Znalazła kilka skrawków materiału, które matka nieraz używała przy sprzątaniu. Odstawiła kubek na bok, po czym ułożyła ścierkę na powstałej kałuży, czekając aż woda wsiąknie w tkaninę. Nie śpieszyła się, bardziej skupiona na Cassandrze, niż wycieraniu stołu. Martwiła się, przez moment mając wręcz ochotę pogładzić siostrę po bladym policzku albo najzwyczajniej w świecie ją uściskać.
W roztargnieniu otarła dłonie o sukienkę. Nie była pewna, która jest godzina, ale musiało być koło południa. Nie żeby była zaskoczona, że siostra znów spała do późna, ale to i tak ją niepokoiło.
– Dobrze się czujesz? – zapytała, nie mogąc się powstrzymać.
Żeby ukryć niepokój, zaczęła w pośpiechu krążyć po kuchni. Znalazła miskę, do której zaczęła zbierać wodę, chcąc przy okazji zająć czymś ręce. Dyskretnie wciąż obserwowała Cassandrę, mając wrażenie, że ta nawet nie rozumiała, o co w tamtej chwili Beatrycze mogłaby ją pytać.
– Jestem zmęczona. – Dziewczyna wsparła brodę na dłoniach. – Zresztą nieważne. Mama wyszła?
– Poszły z Leaną na targ. Ja wolałam zostać w domu.
Jeszcze kiedy mówiła, odwróciła się do siostry plecami, wbijając wzrok w odsłonięte okno. Na zewnątrz jak zwykle panowała szaruga, co w przypadku wiecznie zachmurzonego Londynu nie było niczym nowym. Kto wie, może tym razem przynajmniej nie miało padać, chociaż zaczynała szczerze wątpić, czy w najbliższym czasie zdarzy się przynajmniej jeden dzień bez deszczu. Ta pogoda ją przygnębiała, chociaż jako dziecko lubiła biegać po kałużach i wdychać zapach świeżego, wilgotnego powietrza.
– Musisz przestać to robić, Trycze – usłyszała i to wystarczyło, żeby wyrwać ją z zamyślenia.
– Co takiego? – zapytała w roztargnieniu.
Cassandra westchnęła przeciągle.
– A niby to ja źle sypiam… – mruknęła i przez krótką chwilę wyglądała na bliską tego, żeby jednak się uśmiechnąć. Po chwili jednak raptownie spoważniała, w zamian koncentrując wzrok na Beatrycze. – Kłócić się z mamą. W nocy też prawie zaczęłyście się sprzeczać.
– Więc niech przestanie mnie traktować jak piąte koło u wozu – obruszyła się. Rzuciła Cassandrze co najmniej poirytowane spojrzenie. – Martwię się o ciebie. Wiem, że mama też, ale trudno mi z taką obojętnością jak ona patrzeć na to, co się dzieje.
– To nie jest obojętność – zaoponowała natychmiast Cassie. – Mama po prostu… – Zamilkła, ostatecznie ograniczając się do wzruszenia ramionami. – No i siedziała przy mnie w nocy.
Beatrycze z wolna wypuściła powietrze. Coś w tych słowach i tonie siostry sprawiło, że poczuła się gorzej niż do tej pory. Być może faktycznie przesadzała, oceniając zachowanie Ariadny gorzej niż powinna. Różniły się z matką pod względem charakteru i podejścia do życia, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło, a już na pewno nie wykluczało zamartwiania się. Może po prostu sama była zbyt emocjonalna, ale nie potrafiła inaczej zachowywać się w sytuacji, w której czuła, że z jej siostrą działo się coś niedobrego.
Mimo wszystko wysiliła się na spokój i to, żeby jednak skinąć głową. Jeśli w ten sposób mogła uspokoić Cassandrę, zamierzała pozwolić sobie na przynajmniej tyle.
– Może masz rację – powiedziała, siląc się na spokój. – Zresztą to teraz nieistotne. Na pewno dobrze się czujesz?
– Na pewno – zapewniła natychmiast Cassie, ale obie doskonale wiedziały, że to wierutne kłamstwo.
Beatrycze spojrzała na siostrę z powątpiewaniem, ale ostatecznie nie skomentowała jej słów nawet słowem. Dokończyła sprzątanie, po czym na krótką chwilę wyszła przed dom, decydując się zostawić wilgotną ścierkę na ganku. Późne lato zapowiadało się wyjątkowo ciepło, chociaż deszczowo. Na razie jednak nie padało i zamierzała z tego skorzystać, po cichu licząc na to, że ten stan utrzyma się przez cały dzień.
Skrzyżowała ramiona na piersiach, w milczeniu wpatrując się w zachmurzone niebo. Ciepły wiatr muskał jej policzki, rozwiewając włosy i niosąc ze sobą przyjemny zapach jaśminowca. To sprawiło, że Beatrycze przynajmniej na krótką chwilę zdołała się rozluźnić, chociaż wciąż targały nią raz po raz powracające wątpliwości.
– Trycze?
Głos Cassandry wyrwał ją z zamyślenia. Kiedy obejrzała się przez ramię, przekonała się, że siostra stała tuż za nią, niepewnie tkwiąc w progu. Beatrycze naszła dziwna, niepokojąca myśl, że dziewczyna z obawą rozglądała się dookoła, zupełnie jakby obawiała się, że gdzieś w pobliżu krył się ktoś, kto mógłby ją zaatakować.
– Hm? – Rzuciła Cassie zachęcające spojrzenie, rozdrażniona przeciągającym się milczeniem. – Coś nie tak? – drążyła, ale nie od razu doczekała się odpowiedzi.
– Zaczynam się siebie bać – oznajmiła w końcu Cassandra i coś w tych słowach skutecznie przyprawiło Beatrycze o gęsią skórkę.
Potarła ramiona, próbując w ten sposób się rozgrzać. Wyczekujące spojrzenie wbiła w siostrę, świadoma wyłącznie coraz mocniej trzepocącego się w piersi serca. Jeśli do tej pory się martwiła, teraz zaczynała być wręcz przerażona.
– Mamy nie ma w domu – przypomniała cicho, starannie dobierając słowa. Liczyła się z tym, że Cassandra mogła nie być zadowolona z tego, że mogłyby robić cokolwiek za plecami Ariadny. – Jeśli chcesz porozmawiać o tych twoich snach…
– Nie pamiętam ich – rzuciła przepraszającym tonem Cassie. – Ale…
– Co takiego?
Dziewczyna jedynie potrząsnęła głową. Chociaż to wydawało się wręcz niemożliwe, jakimś cudem pobladła bardziej niż do tej pory. Wzrokiem na dłuższą chwilę uciekła wzrokiem gdzieś w bok, wyglądając na chętną, żeby w popłochu się wycofać.
– Nie wiem – przyznała w końcu i znów zamilkła. Zaczęła nerwowo bawić się końcówkami włosów, raz po raz nawijając jasne loki na palec. – Pamiętam… cienie. I szepty – dodała, nagle się wzdrygając.
– Szepty…? – powtórzyła z wahaniem Beatrycze.
Czuła, że siostra czegoś jej nie mówi. Może faktycznie tego nie pamiętała, a może po prostu celowo unikała tematu – nie miała pewności i tak naprawdę nie chciała tego wiedzieć. Wystarczyło, że tych kilka informacji tak czy siak zdołało przyprawić ją o dreszcze.
– Nie wiem – powtórzyła Cassandra, po czym nagle jęknęła i ukryła twarz w dłoniach. Beatrycze była gotowa przysiąc, że przez krótką chwilę widziała cisnące się do oczu siostry łzy. – Brzmię jakbym zaczynała wariować. Trycze…
Zareagowała w pełni machinalnie, w pośpiechu doskakując do siostry i bez słowa biorąc ją w ramiona. Cassie wtuliła się w nią bez słowa, wyraźnie się rozluźniając – tylko na chwilę, ale to było lepsze niż nic. W tamtej chwili Beatrycze poczuła, że dalsze drążenie tematu zdecydowanie nie wchodziło w grę, przynajmniej do czasu, aż siostra zdołałaby dojść do siebie.
– Nie myśl o tym teraz – wyrzuciła z siebie na wydechu, próbując zabrzmieć jak najbardziej przekonująco. Spróbowała nawet się uśmiechnąć, ale wiedziała, że wyszło jej to marnie. – Chodźmy na spacer, co? Na razie nie pada, a ty potrzebujesz świeżego powietrza. Zresztą… Kto wie? Może Marcus będzie dzisiaj pomagał w aptece? – dodała zaczepnym tonem.
Siostra drgnęła, po czym spojrzała na nią niemalże w panice. Mimo wszystko w zaszklonych od łez oczach pojawił się błysk zaciekawienia. To wystarczyło, by Beatrycze nabrała pewności, że jej podejrzenia były słuszne, a siostra jak najbardziej była zainteresowana pewnym przystojnym pomocnikiem aptekarza – nawet jeśli sama nie potrafiła tego przed samą sobą przyznać. Cóż, przekonania, które każda z nich przyswoiła sobie przy matce, mimo wszystko robiły swoje, co jednak nie było w stanie zmienić tego, że każda z nich nadal miała prawo się zakochać.
– Sama nie wiem… – Cassandra zawahała się, ale po jej tonie dało się wyczuć, że tak naprawdę już podjęła decyzję. – Och… A co z mamą i Leaną?
– Z tego co wiem, obie i tak wrócą późno – zapewniła, po czym stanowczo pociągnęła siostrę za sobą. – Chodź. Przynajmniej trochę się rozbudzisz.
Nawet jeśli dziewczyna wciąż miała wątpliwości, ostatecznie uległa. Beatrycze poczuła, że kamień spada jej z serca. Na krótką chwilę zdołała się rozluźnić, chociaż wciąż miała wątpliwości co do tego, co powinna myśleć o zachowaniu siostry.
Gdyby choć na moment mogła zapomnieć o wszystkim, co się działo, może wszystko stałoby się prostsze.